SEKRETY
Odkąd Marysia wprowadziła się do Doroty, matka notorycznie ciosze jej kołki na głowie. Dosłownie nie da się z nią wytrzymać. Zawsze krytykowała i atakowała pierworodną, lecz teraz przechodzi samą siebie, niesłusznie obarczając ją całkowitą winą za upadek małżeństwa, które przecież zakończyło się głównie przez zdradę Hamida. To on pokochał inną, z którą postanowił się związać, atrakcyjną Marokankę, doktor Salmę, miłą i czułą kobietkę, którą to jego żona, zupełnie nie spodziewając się, co los im przyniesie, ściągnęła do Rijadu. Dorota nawet za to wini córkę. Dla swojej najstarszej latorośli jest bardzo surowa, nawet bardziej niż dla młodszej córki, Darii, która - było, nie było - związała się z terrorystą Jasemem Alzanim i niedawno, po popełnieniu zbrodni na księciu Anwarze al-Saudzie, ponownie do niego przystała, pozostawiając swojego syna Ahmeda, rodzinę i cały praworządny świat daleko za sobą.
Zdradzona i porzucona trzydziestoparolatka potrzebuje spokoju i ukojenia, lecz nie ma co o tym marzyć w domu gderającej mamusi. Podjęła już najważniejszą decyzję. Jedno jest pewne - musi wyjechać z Saudii. Najpierw uda się do Polski, bo i dokąd miałaby skierować swe kroki. Może zajrzy do babci, która, jak się okazało, jest dobrze znana nawet jej dzieciom, ale nie jej. To też dla uciekinierki nie lada nowinka, ale i potwarz.
Jednak matka jest tylko jedna i się jej nie wybiera, więc Marysia postanawia nie dać się ponieść nerwom i z pomocą starszej, doświadczonej kobiety ustalić szczegóły swojej rejterady z Arabii i ze swojego obecnego życia. Mąż Doroty, uroczy Saudyjczyk, doktor Aszraf al-Rida, bierze czterdziestoośmiogodzinny dyżur w szpitalu, by dać paniom przestrzeń do kłótni i wrzasków. Wie, że i tak się nie pozabijają i ostatecznie wymyślą jakieś genialne rozwiązanie. Burzliwe rozmowy to pierwszy krok na drodze do realizacji planu Marysi i wytyczenia jej nowej drogi, która nie wiadomo dokąd ją zaprowadzi.
- Z tego, co pamiętam, kiedyś miałam babcię - zaczyna kolejną rundę utarczek słownych, nie przejmując się taksującym spojrzeniem rodzicielki.
- Masz na myśli libijską babcię Nadię? - Dorota podnosi jedną brew, szykując się do batalii. - Zginęła w zamachu terrorystycznym w Jemenie. Przez ciebie - rzuca jedno z setek oskarżeń, które ma w zanadrzu, ale Marysia połyka żabę bez zmrużenia powieki.
- Nie arabską, lecz polską. Twoją matkę. Tę, którą ty olałaś. - Odbija szybką piłeczkę.
Zapada niezręczna cisza. Obie kobiety - jedna typowa Słowianka, o farbowanych blond włosach i błękitnych jak bławatki oczach, druga klasyczna Arabka, o bujnej czuprynie w kolorze oberżyny i ciemnobursztynowych, lśniących oczach - lustrują się rozwścieczonym wzrokiem.
- O co ci znowu chodzi? - Podnosi głos matka. - Masz do niej pojechać, czyż nie? Tak ustaliłyśmy. Chcesz coś znowu zmienić, kochanie? - zjadliwie indaguje.
- Nawet nie jestem pewna, jak ma na imię. Helena? Hanna? Chyba Halina, o ile mnie pamięć nie myli?
- Tak, zgadza się. Halina.
- Teraz nieoczekiwanie mnie do niej wysyłasz, a całymi latami mnie od niej izolowałaś. Dlaczego, mamo?
- Co ty bzdurzysz?
- Wyglądało, jakby ona w ogóle nie istniała. Jakby umarła. A może po prostu zerwałaś z nią kontakt? Ty bez sekundy wahania potrafisz przekreślić człowieka - dogryza córka.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz, i zupełnie mnie to nie obchodzi. Nie dotykają mnie te twoje marne kąśliwości.
- To wszyscy wiemy. Olewasz całe mnóstwo rzeczy. Więc masz do niej kontakt? Wiesz, gdzie mieszka, czy będę musiała szukać własnej babki przez urząd miejski? Masz chociaż numer jej telefonu?
- Rozmawiam z nią regularnie przez Skype'a - zwyczajnie oznajmia Dorota, czym wybija córce oręż z ręki. - Mieszka w Swarzędzu pod Poznaniem.
- Tam się urodziłaś - przypomina sobie Marysia.
- Tak jak i ty. W tej dziurze zabitej dechami mieszkałaś przez pierwsze sześć lat życia.
- A ty przez dwadzieścia sześć...
- Krócej.
- Pamiętasz jeszcze adres?
- Pamiętam. Jakżebym mogła zapomnieć takie gówniane miejsce! Blok z wielkiej płyty, mieszkanie składające się z dwóch ciasnych klitek i zero przestrzeni.
- Powiedziała jaśnie pani - szydzi Marysia. - To czemuś nie wzięła matki na salony, które od lat zamieszkujesz, hę?
- Wyobraź sobie, że nie chciała. - Dorota spuszcza wzrok, by przesłuchująca ją córka nie zauważyła w nim smutku. - Zostawiłam jej piękne mieszkanko w nowej dzielnicy w apartamentowcu, które kupił na moje nazwisko twój biologiczny ojciec, parszywy Libijczyk, zwyrodnialec, sadysta i gwałciciel Ahmed Salimi.
- Za chwilę się okaże, że nie był taki zły. - Córka nie odpuszcza, ale matka nie reaguje na zaczepki.
- Nie chciała się przenieść. Uparła się na tę starą i zrujnowaną pakamerę. Skończona idiotka!
- To przynajmniej już wiem, że dostanę adres. Nie będę się u niej zatrzymywać, skoro twierdzisz, że to jakieś slumsy. Wynajmę hotel.
- Slumsy może nie, ale komfortu, do którego jesteś przyzwyczajona, na pewno tam nie znajdziesz.
- Odzwyczajam się od luksusów, mieszkając u ciebie - bulgocze rozbawiona Marysia, bo nic jej tak nie odstresowuje, jak wygrana w pojedynku na słowa z matką.
- Dobrze, że jedziesz do Polski, choć osobiście nie wiem, co ty tam będziesz robić. - Dorocie też oczy błyszczą przed wypowiedzeniem kolejnej zjadliwej uwagi: - Jak ci się poszczęści, to może kolejnego młokosa uwiedziesz? - Oskarżenie o romans, który Marysia ponoć miała z Polakiem Markiem podczas kursu ratownictwa medycznego, przylgnęło do niej jak łatka. - Wszakże latka lecą i nie sądzę, żeby jakiś dwudziestolatek zabrał się za taki przeterminowany towar - kończy uroczo.
Córka jest nie tyle obrażona, ile pełna podziwu dla ciętego języka i kunsztu oratorskiego mamusi.
- Ja też nie mam pojęcia, czym się tam zajmę - odpowiada na zasadnicze pytanie. - Na razie chcę poznać swoje korzenie.
- To może pojedź do Libii? - Wpada na genialny pomysł Dorota. - Możesz dołączyć do swojej siostry terrorystki, która zapewne gdzieś tam się zaszyła. - Nieszczęsna matka ma same wyrodne dzieci: córkę przypuszczalnie dżihadystkę12, syna Adasia, który okazał się gwałcicielem saudyjskiej księżniczki, córki następcy tronu, i porzuconą lebiegę Marysię. Z ich powodu ma ciągle ból głowy i cierń w sercu, więc wyżywa się na Bogu ducha winnej nieszczęśnicy, którą akurat ma pod ręką.
Po wyrzuceniu z siebie steku obelg, obwinień i kąśliwości, będąc już prawie górą nad zdruzgotaną córką, nieoczekiwanie się rozkleja. W sekundę pojawiają się łzy, które nie spływają ciurkiem po zapadniętych ze zmartwienia policzkach, lecz dosłownie wytryskują z oczu Doroty. Marysia, która ma nerwy napięte jak postronki, nie czekając, dołącza do swej rodzicielki. Ryczą bez opamiętania, obejmując się i stykając czołami. Proste i cienkie blond włosy mieszają się z pofalowaną gęstą czupryną, śniade dłonie ściskają matczyne blade, pomarszczone ręce. Obie są impulsywne, obie nerwowe, więc dom wypełniają teraz ich krzyki i zawodzenie. Jednak muszą się opamiętać, bo przypominają sobie, że w sypialni na piętrze śpi mały chłopczyk, syn nieudacznicy Darii, ich ukochany wnuczek i siostrzeniec Ahmedzik.
- Ciiii...
- Ciii...
Uciszają się nawzajem, patrząc na siebie z nieoczekiwanym rozbawieniem. Ich twarze są zapuchnięte, makijaż rozmazany, z nosów ścieka im katar, a mocne szminki barwią już nie tylko usta, ale i brody.
- Napijemy się herbaty i zjemy serniczek? - Matka pierwsza odzyskuje panowanie nad sobą.
- Ale najpierw daj coś do demakijażu. - Marysia trze oczy jak mała dziewczynka. - Piecze!
Trzymając się pod ramię i zataczając, jakby były pijane, dostają się do łazienki, by doprowadzić się do porządku.
- A może byś tak po odwiedzinach u babci Halinki poleciała do Izraela? - z bawełnianym płatkiem w ręce zupełnie nieoczekiwanie pyta Dorota.
- Co? Do Izraela? - zdumiewa się Marysia.
- Masz polski paszport. Wizę bezproblemowo dostaniesz na lotnisku.
- Ale dlaczego, mamuś?
Do podstarzałej matki i dojrzałej córki wraca spokój. Rozładowały już złość i emocje i teraz mogą normalnie rozmawiać.
- To pomysł Halinki. Ona ma tam jakąś dalszą rodzinę, a dla ciebie to w zasadzie podobne bliskowschodnie klimaty. Mogłabyś się tam dobrze czuć. - Dorota rozkręca się i pytluje jak katarynka. - Jedzenie to samo, bo Żydzi uważają, że humus i falafil13 oni wymyślili. Byliby skłonni i o to z Arabami toczyć wojnę. Nawet szakszuka14... Pamiętasz szakszukę z Libii? - docieka, a zszokowana Marysia niemo potakuje. - Szakszuka to też ich narodowe danie. Bez sadzonych jajek na pomidorach Izraelczycy nie rozpoczną pomyślnego dnia.
- Hello15! - Córka próbuje się dorwać do głosu, ale Dorota zachowuje się, jakby straciła słuch.
- Hebrajski jest ponoć bardzo podobny do arabskiego. Dużo byś rozumiała, a poza tym w Izraelu można się dogadać w wielu językach. Jeszcze zanim powstało Państwo Izrael, Żydzi walili tam tłumnie na swoje alije16 dosłownie z każdego zakątka świata. Dla ocalałych z Holokaustu17 to miejsce stało się realną Ziemią Obiecaną. Po drugiej wojnie przybywali tam dosłownie setkami tysięcy. A na koniec zalali ich Ruscy...
- Hello! Mamuś!
W końcu Dorota krzykiem zostaje wyrwana z transu.
- Tak?
- Babcia ma w Izraelu jakąś rodzinę? - Marysię tylko ta sprawa nurtuje. - Ma tam żydowską familię?
Matka tylko uspokajająco gładzi młodą po ręce. Na chwilę zapada cisza, która aż dzwoni w uszach. Marysia musi przetrawić nieoczekiwane wieści. W milczeniu kobiety parzą zieloną herbatę, nakładają sobie wielkie kawały ciasta i wygodnie rozsiadają się w salonie.
- Mamy parę kropelek żydowskiej krwi - potwierdza Polka.
- Ja? - Marysia, wypisz wymaluj Arabka, robi głupią minę.
- Właśnie ty.
- Ty, mamuś? Blondynka o błękitnych oczach?
- Zdarza się. Nawet dość często. Ulegasz stereotypom i wyobrażasz sobie Żyda tylko jako czarnowłosego i czarnookiego wątłego chasyda18 jak ze starej ryciny, w czarnym płaszczu, kapeluszu lub jarmułce19 oraz oczywiście z pejsami. Do tego wielgachny nos jak hak.
- Masz rację. Ale musisz mnie usprawiedliwić, bo na razie nie mam o tym zielonego pojęcia. Ta wiedza nie była mi zupełnie do szczęścia potrzebna. Nie zawracałam sobie tym głowy.
- Powiem ci, że Żydzi różnią się od siebie bardziej niż Arabowie.
- Reasumując... - Marysia zastanawia się głęboko. - Oprócz polskich i arabskich mam jeszcze całkiem mi nieznanych żydowskich przodków. Niech to licho!
- Przeszkadza ci to?
- Ależ skąd! - Całkowicie odstresowana i pełna werwy kobieta uśmiecha się od ucha do ucha. - Mamuś! Znalazłam w końcu cel swojej podróży. Hurra! Lecę do Izraela!
- Najpierw przejdziesz przez szkołę babci Halinki, niegdysiejszej Chai, która cię uświadomi i wdroży w szczegóły.
- Jest taka jak ty? - z niepokojem, ale i rozbawieniem docieka polsko-arabsko-żydowska mieszanka.
- To znaczy? Taka urocza? - kpi Dorota.
- Taka jak my... urocza - drwi z ich charakterków nieodrodna córunia mamuni, bo przecież doskonale zdaje sobie sprawę, że obie są niezłymi cholerami.
- Nie, kochana. Halina to spokojna, zrównoważona, elegancka starsza pani. Ja nie wiem, gdzie myśmy się ulęgły.
- Ty się zarabizowałaś, a ja jestem Arabką. Ale to nic. Zobaczymy, jacy są Żydzi.
- Tacy jak my.
Po tych słowach obie kobiety, rozbawione i zrelaksowane, oddają się konsumpcji. Gdy są już pełne po korek, kontynuują rozmowę, planując podróż uciekinierki. Tematy czysto żydowskie i wszelkie wyjaśnienia pozostawiają babci ze Swarzędza. Żydowskiej babci polsko-arabskiej Marysi Miriam.
Marysia sprawnie sama organizuje swój wyjazd, korzystając z internetu i laptopa, bo nie jest ona typową arabską żoną, która bez męża nie umie trafić palcem do nosa. Za asystę ma jedynie mamę, zarabizowaną Polkę, ostatecznie dającą wsparcie córce. Po wstępnych tarciach i karczemnych awanturach, które idealnie oczyściły atmosferę, jak zawsze rozumieją się bez słów i działają ręka w rękę. Już przez niejedną tragedię przeszły i mają nadzieję, że i tym razem dadzą sobie radę i doczekają lepszych czasów. Rozłąka najbardziej je przeraża. Obie jednak, twarde jak głaz, muszą i z tą słabością sobie poradzić. Wiedzą, że na nic im rozpacz, bo nigdzie ich ona nie zaprowadzi. Dorotę serce boli, że nie dość, iż Marysia straciła męża, dom, dzieci, stabilność, to jeszcze musi rozpoczynać nowe życie od zera. Matka cierpi najbardziej, że nie będzie miała żadnego dziecka przy sobie. Dorosłe czy małolaty dla rodzicielki zawsze są tak samo ważne i każda chciałaby jak ta kwoka bez ustanku mieć je pod swoimi skrzydełkami.
- Nie ma co, mamuś - pociesza Marysia, widząc skrywany przez Dorotę smutek. - Nie masz już Darii i Adasia, ja za chwilę wyfrunę z gniazdka, ale nasza mała terrorystka - figlarnie puszcza oczko, nie traktując tych słów serio - zostawiła pod twoją opieką małego, zagubionego Ahmeda. Ja zaś obarczam cię jeszcze większym ciężarem, dwójką nastolatków. Musisz ich wesprzeć i pomóc, bo choćby nie wiem jak się zgrywali, to na pewno jest im bardzo ciężko. Ojciec się skurwił z Marokanką - nazywa rzeczy po imieniu - zafundował sobie z nią dzidziusia, a na dokładkę własna matka ich porzuca.
- Wiem, kochana. Zrobię, co w mojej mocy - obiecuje Dorota.
- Mam do ciebie pełne zaufanie. A twój mężuś Aszraf to idealny dziadek. Wiem, że wszystko będzie dobrze. Na pewno lepiej się nimi zajmiesz, niż niejednokrotnie ja to robiłam. Ty masz instynkt macierzyński i babciny - śmieje się młoda - a ja jedynie skłonność do kłopotów.
- Zanim jednak wyjedziesz, zabiorę cię tam, gdzie kobiety czują się najlepiej. - Wpada na pomysł Dorota, bo chce pożegnać się z córką tak, by zapisało się to w jej pamięci. - To twój ostatni dzień w Saudii!
- Planujesz zakupy? - Dziwi się Marysia, bo jej mama nie jest zakupoholiczką, nie znosi tłumów i bezsensownego włóczenia się po sklepach.
- To może też, ale później. Wszystkie baby uwielbiają spędzać czas w SPA & wellness. Przydałaby ci się nowa fryzura. - Matka patrzy krytycznie na wysuszone włosy Marysi. - Manicure i pedicure również.
- A potem lunch! - Córce w to graj, bo takie miejsca najlepiej relaksują, a ona, mimo że robi dobrą minę do złej gry, nadal jest niesamowicie spięta.
- To co? Nasz ulubiony stylista z Nigerii? - Chichrają się, choć wiedzą, że czarnoskóry wizażysta jest najlepszy w Rijadzie, o ile nie w całej Arabii Saudyjskiej.
- Osiedle Alhambra - obwieszcza Dorota. - Zarezerwowałam dla nas termin, bo dostanie się do tego salonu graniczy z cudem.
- Mam nadzieję, mamuś, że ty też coś zrobisz ze swoimi kłaczkami.
- Co takiego? Ja idę tylko na czesanie.
- Kochana, platynowy blond był dla ciebie dobry dwadzieścia lat temu - uświadamia matkę prawdomówna córunia.
- Źle wyglądam? Staro?
- Siwy kolor masz i bez farby. Może połóż zwyczajny blond.
- Marysiu! Będę wyglądała jak kokota. Na dokładkę podstarzała.
- A ja zrobię sobie jasne pasemka. Trzeba zmienić wygląd, jeśli zmienia się całe życie.
- Och! No dobrze. - Matka dłużej nie oponuje, bo jest w tym sporo racji.
Samochód, którym jadą kobiety w luźno narzuconych na plecy abajach20 na jedno z największych i najnowocześniejszych osiedli dla expatów21, zostaje zatrzymany przy wjazdowej bramie. Mimo to żadna z nich się nie oburza, a wręcz są szczęśliwe i z zainteresowaniem obserwują dokładną kontrolę podwozia, przeprowadzaną za pomocą lusterka na wysięgniku, a potem jeszcze silnika i wnętrza wozu, gdyż zdają sobie sprawę, że to wszystko służy ochronie cennych cudzoziemców i lokalnych mieszkańców. Kiedyś w Saudii dochodziło do licznych okrutnych zamachów terrorystycznych, których najpierw dokonywała organizacja Al-Kaida, a potem pseudo-Państwo Islamskie. Prawie codziennie wybuchała gdzieś bomba, co rusz liczni szahidzi22 wysadzali się w miejscach publicznych. Teraz jest zdecydowanie lepiej, ale trzeba dmuchać na zimne. Dlatego też wszędzie utrzymano wzmożone środki bezpieczeństwa, co wszystkich rozsądnych cieszy. W ramach restrykcji nierezydenci, by wjechać na teren osiedla, muszą mieć imienne zaproszenie.
- Pani do kogo? - sonduje ochroniarz, który nosi polowy mundur, kamizelkę kuloodporną i hełm, a w ręku trzyma broń maszynową. Oczywiście nie mierzy z niej do przybyłych, tylko bezpiecznie kieruje ją w ziemię. - Nazwisko?
- Dora al-Rida i Miriam Salimi. Do salonu SPA & wellness.
Facet studiuje listę, a potem kiwa głową. Na jego machnięcie kleszcze, które są rozwinięte wszerz asfaltowej drogi, zostają złożone, szlaban podniesiony, a sygnalizacja alarmowa wyłączona. Gęsto umieszczone kamery rejestrują każdy ruch, ale aktualnie to również stanowi chleb powszedni i nikt się nie obrusza o naruszenie swobód czy odebranie prywatności. Wewnątrz osiedla ciągną się szerokie asfaltowe ulice, wzdłuż których rosną szpalery palm. Przeznaczone pod wynajem wille to najwyższa półka i w zasadzie należałoby nazwać je rezydencjami. Niektóre są nawet piękniejsze i większe niż ta Marysi na Mudżamma Nachil w centrum Rijadu. Przed każdą od strony jezdni widać krótko przystrzyżony, zadbany trawnik, altany i drabinki porastają wielobarwne bugenwille, skrzą się wilgotne krwiste hibiskusy, a miniaturowe drzewka bonzai urozmaicają krajobraz. Na tyłach każdego domu za co najmniej trzymetrowym murem, który ma nie tylko dawać prywatność, ale też zapewnić spokój i ochronę, znajdują się małe przytulne ogródki lub spore przestrzenie z basenem, miejscem do grilla i odpoczynku, gdzie relaksują się lokatorzy z najbardziej wypchanymi portfelami. Na terenie osiedla mieszczą się sklepy i sklepiki, markety spożywcze, ale też kino, do tej pory zakazane w Arabii Saudyjskiej, muszla koncertowa, biura podróży, kluby fitness, korty do tenisa i squasha, pola golfowe, centra odnowy, kawiarnie i restauracje. W samym centrum sporego miasteczka ulokowano strefę relaksu z niezwykłym basenem ze sztucznymi falami do nauki surfingu. Są tam też zjeżdżalnie wodne, brodziki dla dzieci oraz klasyczny basen pływacki. Wszystko to otoczone jest sztuczną trawą, a przejścia między obiektami wyłożono płytkami lastryko. Na specjalnie wydzielonych polanach lub tuż nad samymi zbiornikami wody znajdują się leżaki i łóżka do opalania, stoły, stoliczki i przeciwsłoneczne parasole. Na obrzeżach strefy sportu, na niewielkim wzniesieniu umieszczono jedną z kafeterii, którą wszyscy uwielbiają ze względu na szeroki wybór dań i napoi oraz wspaniałą lokalizację. Marysia i Dorota planują odwiedzić to miejsce, kiedy już zostaną odnowione i odmłodzone.
- Madame23 Dora, tylko czesanie czy odświeżymy trochę kolor? - uniżenie pyta uroczy Afrykanin, przestępując z nogi na nogę, bo czuje respekt przed tą elegancką i wyniosłą panią. - Paznokcie też robimy? Regulujemy brwi? Czy zechce pani później zafundować sobie profesjonalny makijaż?
- Córka twierdzi, że ta platyna, na którą ostatnio mnie pan namówił, postarza. - Dorota patrzy z wyrzutem na postawnego mężczyznę, który natychmiast kurczy się w sobie.
- Ależ droga pani...
- Teraz sama to widzę. Wyglądam jak starowina. Jak zjawa!
- Ależ...
- Bynajmniej nie zjawiskowo!
Na te słowa stylista rzuca się na zaplecze w poszukiwaniu odpowiedniej farby.
- Ja też poproszę jasny blond, ale nie siwy. - Marysia dolewa oliwy do ognia, a mistrz fryzjerski czuje, że będzie miał ciężką przeprawę z tymi dwiema.
- Ma'am24, jasny blond na czarne włosy?
- A co, nie umiesz?! - Pół-Arabka błyskawicznie się denerwuje.
- Nie o to chodzi... Tylko...
- W takim razie zleć to tej Azjatce od mycia głów i zamiatania podłóg. - Pokazuje palcem na przestraszoną filigranową dziewczyninę przy umywalce. - Może ona sobie jakoś poradzi.
- Ale jesteśmy france. - Dorota przechodzi na polski, podśmiechując się pod nosem. - Powinnyśmy popracować nad swoimi manierami.
- Przecież nie plujemy na nich i nie bijemy ich po twarzy, a gwarantuję ci, że nierzadko tak właśnie są traktowani przez dumne, bezwzględne Saudyjki.
- Może i tak, ale nie należy brać przykładu z karczemnego zachowania.
- Dlatego mówię przecież, że my tak nie robimy. A kota mu trochę trzeba popędzić, żeby się bardziej postarał. To leniwa murzyńska nacja...
- Marysiu, nie bądź taką rasistką! To strasznie wredne.
- Daj ty spokój! Jaka rasistka?
- Obyś się nie przekonała w Polsce, jak takie niegodziwe traktowanie drugiego człowieka może być nieprzyjemne i uwłaczające. Ciebie nacjonalista czy neofaszysta mógłby na podstawie jedynie twojego wyglądu zwyzywać od brudnych Arabek czy też złodziejskich Cyganek. A może nawet zawszonych Żydówek!
- To dlatego tyle lat milczałaś i nie ujawniałaś swego żydowskiego pochodzenia? Jeśli twoja mama, a moja babcia nosiła semickie imię Chaja, to nie masz jedynie paru kropelek hebrajskiej krwi. Tego się bałaś? Prześladowań? Antysemityzmu i wykluczenia?
- Ten strach jest silniejszy od człowieka i zdrowego rozsądku. Pojawia się nawet w drugim czy trzecim pokoleniu u potomków osób, które przeżyły Holokaust.
- Spójrz na siebie. Kto mógłby cię nazwać Żydówką? Chyba jedynie wariat!
- Jednak trzeba popracować nad twoim stosunkiem do ludzi, córuniu. Szczególnie należy się pilnować, żeby nie urazić innej nacji. To nieładnie. Podłość.
- Przecież nie obraziłyśmy naszego fryzjera, a jedynie jesteśmy wymagające.
- Czy tak samo potraktowałabyś dumnego Saudyjczyka lub bladolicego Europejczyka?
- Do fryzjera Araba w życiu bym nie poszła, bo zaraz by się podniecał moimi włosami i spuszczał do nogawki. - Kiedy do Doroty dochodzą te zbereźne słowa, aż zasłania uszy. - A czystej krwi Europejczyk? - kontynuuje bezwstydna córeczka. - Nie wywołałby zapewne u mnie żadnych emocji, lecz jakby mi spieprzył fryzurę, to nawrzeszczałabym na niego jak na każdego innego fuszera.
Przez resztę wizyty w salonie kobiety starają się być słodkie jak miód, choć to nie niweluje stresu biednego mistrza fryzjerskiego z Nigerii. Zdążył już sobie wyrobić zdanie o tych dwóch paniusiach: to prawdopodobnie zarozumiałe bogaczki z pustymi głowami, które niczego sobą nie reprezentują. Nieroby na utrzymaniu mężów, wołów roboczych i patentowanych osłów. Z gromadką dzieci, którymi zajmują się niańki i opiekunki. Baby, którym w głowach i w dupach się poprzewracało. Kiedy żegna się z klientkami i dostaje horrendalnie wysoki napiwek, przeklina je w duchu, jednocześnie chyląc czoło i robiąc maślane oczy.
- Na pożegnanie z Arabią muszę zaszaleć! - z entuzjazmem ogłasza Marysia, rozsiadając się w osiedlowej kafeterii. - Chcę czegoś jak najbardziej ekscytującego. Obym to zapamiętała na długo.
- Jeden etap za nami. Nigeryjski fryzjer i nasze sztuczne, natapirowane, polakierowane fryzury. - Dorota z obrzydzeniem dotyka swych nienaturalnie sztywnych włosów. - Co dalej?
- Cóż, taka tragicznie beznadziejna usługa za tak gigantyczne pieniądze możliwa jest tylko w tym regionie świata. - Córka nie przejmuje się zbytnio ceną, ale marzy o tym, by zmyć żel i pastę, którymi mistrz usiłował ujarzmić jej niesforne kędziory. - Ale nie to miałam na myśli. W kraju pseudoprohibicji25 trzeba się upić na do widzenia. - Zanim matka hamuje jej zapędy, młoda woła: - Kelner! Ileż można czekać na obsługę?
- W Europie za takie zachowanie skopią ci tyłek , moja panno - upomina ją po polsku Dorota.
- To moje ostatnie podrygi chamstwa i bycia jaśnie panią. Przywykliśmy na Bliskim Wschodzie do podłego traktowania Azjatów i Afrykanów, co na całym świecie jest całkowicie nie na miejscu czy wręcz zakazane. Tam można za to dostać karę grzywny lub nawet pójść do więzienia. Ale nie u nas.
- Słucham, ma'am. - Pakistański kelner zgina się wpół, omijając wzrokiem białą cudzoziemkę i typową, naburmuszoną Arabkę. - Czym mogę służyć?
- Tym, co oferuje restauracja! - huczy Marysia. - Nic spoza karty nie będę zamawiać. Zrozumiano?
- Tak jest, ma'am.
- Daj nam to, co piją ci panowie. - Pokazuje brodą na Saudyjczyków, beztrosko bawiących się przy niedalekim stoliku przy butelce czarnego Johnnie Walkera.
- Niestety, nie mogę serwować alkoholu muzułmanom - informuje kelner jeszcze bardziej usłużnie, na co już nie tylko pół-Arabka, ale i Dorota wybałuszają na niego zadziwione oczy.
- A ci tam to kto? - docieka Marysia, hamując złość. - Żydzi?
- Mężczyźni, pani.
- Teraz pozwalam ci opierdolić tego idiotę - syczy po polsku zbulwersowana matka.
- Zatem mężczyznom muzułmanom podajesz alkohol, a kobietom niemuzułmankom nie?! - Nie na żarty wściekła klientka drze się po angielsku, żeby wszyscy dookoła ją usłyszeli, jednakże saudyjscy imprezowicze są tak zaabsorbowani chlaniem i obserwowaniem roznegliżowanych kobiet nad basenem, że zupełnie nie zwracają na nią uwagi.
- Przepraszam, ma'am. Wezwę menedżera. - Kelner obraca się na pięcie i dosłownie biegnie w stronę drzwi wiodących do środka restauracji.
- Dobra, Marysiu. Odpuść - doradza Dorota, lekceważąco machając ręką. - W domu mamy hektolitry gorzały, droższej jak ten Jasiek Wędrowniczek. Aszrafowi lepsi pacjenci nie dają innych prezentów jak procenty. To nadal najbardziej deficytowy towar na saudyjskim rynku.
- Nie odpuszczę! - Staje okoniem uparciucha. - Takie traktowanie?! Takie szykany?! Niewyobrażalne! Jesteśmy na jednym z najlepszych i najdroższych osiedli dla obcokrajowców, gdzie jeszcze parę lat temu takie lokalne chłystki - wskazuje na zapijaczonych, głośnych Saudyjczyków, którzy drą się i wulgarnie śmieją - nie miały prawa wstępu, a teraz czują się jak u siebie! To ma być ten postęp? Te demokratyczne zmiany? Za chwilę ci faceci zaczną podrywać mieszkające tu cudzoziemki jak byle dziwki. To oburzające! Dyskryminacja kobiet w tym kraju nadal trwa nawet tu, w miejscu przypominającym zachodni świat.
- Obowiązujące tu prawa i swobody to iluzja. Złudzenie, któremu ulegają expaci zamknięci za wysokim na cztery metry murem, odgrodzeni od rzeczywistości. - Matka bierze roztrzęsioną córkę pod ramię i na siłę ciągnie do wyjścia. - Właśnie taką Arabię Saudyjską zapamiętaj. Tutaj nic nie jest prawdziwe, honorowe, z wyjątkiem zbrodni, i w nic, ale to absolutnie w nic, nie należy wierzyć. Gra pozorów, ot co!
Zanim uparta Marysia daje się ruszyć z miejsca, Saudyjczycy, ledwo trzymając się na nogach, dźwigają się z krzeseł i ustawiają dookoła stołu. Obejmują się za ramiona i pokrzykując, drepczą w miejscu. Wygląda, jakby szykowali się do tańca. Cudzoziemcy siedzący na tarasie patrzą na nich z niechęcią i pogardą, zbierając się do odejścia.
- Jalla26! Depka27!
- Habibi28, ja habibi!
- Jalla!
Okrzykom nie ma końca, więc nawet Marysia postanawia się stąd zmyć.
- Allahu Akbar29! - dochodzi nagle do uszu kobiety, która doskonale zna to zawołanie. Nieraz wraca do niej jak zły sen. Jednym ruchem narzuca abaję, omotuje głowę czarną chustą i staje przed matką, broniąc jej własnym ciałem.
- Allahu Akbar! Allahu Akbar! - wtórują pozostali niby-imprezowicze, sięgając jak na zawołanie do swoich treningowych toreb, które położyli pod stołem, i wyciągając z nich krótkie karabinki maszynowe.
Trzech przechyla się przez balustradę tarasu i strzela jak do kaczek do matek z dziećmi spędzających czas nad basenem. Trzeci, któremu widać Marysia wpadła w oko, obraca się w jej stronę i z nienawiścią mierzy do niej. Na jego pochmurnej twarzy maluje się wielka satysfakcja.
- Lahza30! - Marysia wysuwa rękę przed siebie. - Jestem muzułmanką. Nie pójdziesz drogą dżihadu, jeśli mnie zabijesz - mówi po arabsku spokojnym, acz silnym głosem.
Jako że nad basenem zapanował chaos i szerzy się zbiorowy mord, a strzały zaczynają dochodzić z różnych stron osiedla, zaskoczony mężczyzna macha na odważną ręką, przeskakuje przez barierkę i gna do swoich kolesi zbrodniarzy, by jak najwięcej niewinnych dusz wyprowadzić dzisiaj z tego świata.
- Mamo! Uciekajmy! - Córka szarpie Dorotę za rękaw, ale ta stoi, jakby ją zamurowało. Jej blada twarz wyraża takie przerażenie, że wygląda, jakby miała zaraz umrzeć ze strachu. Na czole i pod nosem wykwitają jej wielkie krople potu, oczy zaś robią się coraz bardziej szkliste.
Wtem z restauracji wybiega spóźniony kelner, który widać chce dołączyć do swoich braci w Allahu, bo on też w ręce trzyma broń. Marysia, długo się nie zastanawiając, podstawia mu nogę, a ten pada jak długi na lastriko. Kobieta przyskakuje do niego, bierze zamach i z całej siły bokiem dłoni uderza go w skroń. Mężczyzna traci przytomność ze zdziwieniem wymalowanym na podłej twarzy, bo tego się nie spodziewał. Dorota nabiera powietrza w płuca. Moja Marysia! - przebiega jej przez myśl. Moja córeczka Marysia. Jakże to tak? Taka agresja nie chce się jej pomieścić ani w sercu, ani w głowie. Marysia tymczasem bierze glocka dżihadysty, chwyta skamieniałą matkę za rękę i ciągnie ją na tyły restauracji. Jeśli ten kelner należy do terrorystycznej grupy, to może także inni tutejsi pracownicy do niej przystali? - zastanawia się, obejmując trzęsącą się jak osika blondynę. Trzeba się stąd wydostać opłotkami, decyduje. Przez ogrody i łąki. Miejmy nadzieję, że nie sprzątnęli naszego kierowcy, który miał czekać na parkingu.
- Mamo! Obudź się! - Potrząsa Dorotą, lecz ta nadal patrzy na nią nieobecnym wzrokiem. Córka nie ma wyjścia i wymierza jej siarczysty policzek. - Dorota! No już! Bo nas tu zarżną! Masz małego wnuczka, masz moje dzieci, którymi musisz się zająć! Do diaska! - Szarpie ją, wbijając aż do krwi paznokcie w skórę.
- Co zrobimy? - Starsza, nieprzyzwyczajona do takich akcji, powoli przytomnieje. - Córeczko... - Zbiera jej się na płacz.
- Uspokój się! No już! Biegniemy!
Marysia mówi to w momencie, gdy obok nich pojawia się kolejny uzbrojony fundamentalista. Bez chwili wahania kobieta celuje i strzela. Facet pada. Leży nieruchomo w coraz większej kałuży własnej krwi. Córka boi się, że teraz jej matka całkiem zeświruje, ale dzieje się wręcz przeciwnie. Dorota podciąga abaję i rusza przed siebie. Kryją się za murami, wpadają do ogrodów i przebiegają w cieniu domów. Aktualnie salwy dochodzą już z każdej strony. Ukryte za wysokim murem, kobiety widzą, jak mordercy chodzą od domu do domu i oddają serie maszynowe do wszystkiego, co się rusza. Na jednym podwórku widać małego, może trzyletniego chłopczyka na trzykołowym rowerku. Uśmiecha się błogo, bo jest zadowolony z zabawy, z pogody, z pełnego brzuszka. Jego ojciec, który zorientował się w sytuacji, biegnie w jego kierunku, wymachując rękami. Malec odmachuje, rozradowany, myśląc, że tatuś do niego dołączy i razem pójdą na plac zabaw. Mężczyzna dostaje pojedynczą kulkę w czoło, która zatrzymuje go w pół kroku. Przerażenie na jego twarzy jest ogromne; nie tyle boi się własnej śmierci, ile tego, co zaraz stanie się z jego dzieckiem. Chłopczyk zostaje wyrzucony z siodełka salwą z karabinu, która rzuca go dwa metry dalej. Jego małe ciałko ląduje na samym progu domu, gdzie stoi sparaliżowana strachem kobieta, zapewne jego matka. Trzylatek leży w drgawkach, delikatna ziemska powłoka broczy żywo czerwoną posoką. Mama usiłuje zatrzymać krwawienie, przytykając rękę to do szyi, to do małej piersi. Z jej gardła wydobywa się wręcz zwierzęcy skowyt. Bierze synka na ręce i po raz ostatni tuli do siebie. Tryskająca z tętnicy w rytm spłoszonego serduszka krew zalewa jej twarz. Kobieta zamyka oczy. Nabiera w płuca powietrza, które pachnie rozgrzaną przez słońce skórą synka, jego sklejone krwią włoski niosą woń dziecięcego szamponu, a ciuszki zapach płynu do płukania. Niewzruszeni tragiczną sceną zbrodniarze wykonują swoje zadanie. Przejeżdżają serią przez całą długość domu, aż tynk i szkło z okien lecą dookoła. Na koniec, jakby od niechcenia, celują w kobietę.
- Przecież mają safe room31... - szepce rwącym się głosem Marysia. - Czemu tam się nie skryli?
Śmierć chłopczyka mocno ją dotyka. Zwyczajnie kraje jej się serce.
- Ruszaj, córko! - Teraz to matka wspiera ich tandem. - Albo wbiegamy do tego domu i szukamy bezpiecznego pokoju, albo stąd zwiewamy.
- Zmywajmy się, mamo. Oni mogą tu jeszcze wrócić, by dokończyć dzieła. Przejdziemy nawet przez mur i drut kolczasty, byle tylko się stąd wydostać. Nie możemy się zbliżyć do wjazdowej bramy, bo na pewno jest opanowana przez terrorystów albo odbita przez saudyjskie brygady antyterrorystyczne.
- Przez mur? Trzy- czy czterometrowy? Żartujesz? Dlaczego?
- Jedno i drugie towarzystwo nie jest dla nas wskazane. Jak wpadniemy na dżihadystów, to nas zamordują, ale kiedy dostaniemy się w ręce saudyjskiej policji, szybko nas nie wypuszczą. Nie chciałabym ostatniego wieczoru w Saudii spędzić ani w kostnicy, ani w areszcie - tłumaczy z sarkazmem.
Zgięte wpół przemykają przez puste pola golfowe, szukając bezpiecznego przejścia lub jakiejkolwiek możliwości wydostania się z matni. Byle dalej od epicentrum zdarzeń. Córka i matka, obie szczupłe i sprawne, uciekają przed śmiercią. Ani jedna, ani druga nie ma ochoty dłużej pozostać w tym kraju. Przebrała się miarka. Kiedy już siedzą okrakiem na murze i właśnie mają z niego zeskoczyć, w centrum osiedla rozlega się potężny huk. Widać dżihadyści strzelali do pojedynczych ludzi tylko dla przyjemności. Ostateczny cios miał być mocniejszy. Bardziej spektakularny. Ogromny ładunek wybuchowy niszczy pół kompleksu. Domy, apartamentowce i nowoczesna infrastruktura zamieniają się w górę gruzu, który więzi setki ofiar. Podmuch wiatru wywołany przez wybuch zrzuca uciekinierki na drugą stronę ogrodzenia. Są po dobrej stronie. Są wolne i całe. Znowu im się udało.
Po traumatycznych przejściach siedząca na walizkach Marysia postanawia więcej nie ryzykować i definitywnie rezygnuje z przebywania w przestrzeni publicznej Arabii Saudyjskiej. Jej wątpliwe uroki przestały ją pociągać. Postanawiają z matką ani słowem nikomu nie wspomnieć, że były świadkami dzisiejszego ataku terrorystycznego. Przyrzekają też sobie o tym nie rozmawiać, nie oglądać wiadomości, zwyczajnie chcą wyrzucić ten incydent z pamięci. Wściekła na wszystko i wszystkich Marysia postanawia nie oszczędzać i wydać grube pieniądze na bilet lotniczy do Polski. Płaci pięć tysięcy złotych za podróż w jedną stronę, oczywiście klasą biznes. Uważa się za szczęściarę, bo na ostatnią chwilę chwyta specjalną ofertę. Lot tą klasą tymi bliskowschodnimi liniami zazwyczaj jest dużo droższy.
- Bardzo dobrze zrobiłaś, kochanie - popiera ją matka, która z barku w gabinecie męża wyciąga parę butelek znakomitych trunków, żeby córka możliwie miło, choć zapewne z potężnym bólem głowy, wspominała swój ostatni wieczór. - Nie musisz oszczędzać jak jakaś żebraczka. Masz kupę szmalu, a twój były zapewne będzie cię jeszcze uszczęśliwiał ciągłymi zastrzykami gotówki.
- Nawet nie wiesz, jak znacznymi. - Teraz dopiero Marysia uchyla rąbka tajemnicy, gdyż nie zrelacjonowała matce rozwodowego porozumienia. Trochę było jej wstyd, bo sama czuje, że okazała się zawołaną materialistką.
- Spodziewałam się tego. To w końcu porządny facet... - Dorota urywa, czując na sobie palący, rozjuszony wzrok córki - ...któremu noga się powinęła. Może jeszcze przyjdzie po rozum do głowy?
Marysia tylko wzrusza ramionami.
- Mnie to już nie interesuje.
Nie mając żadnych niedrażliwych tematów na podorędziu, kobiety ze szklankami aromatycznych alkoholowych drinków siadają w zaciemnionym, przytulnym salonie. Tutaj czują się bezpiecznie. Dorota włącza sprzęt grający i z głośników cicho sączy się relaksująca muzyka. Od czasu do czasu wymieniają jakieś nic nieznaczące uwagi i rzucają neutralne komentarze. Każda oddaje się odległym wspomnieniom, każdej krwawi serce. To tu, w Rijadzie, Królestwie Arabii Saudyjskiej, po ponad piętnastu latach rozłąki Marysia odnalazła matkę. Z tym krajem są związane jej najwspanialsze przeżycia, zarówno te miłosne, jak i towarzyskie. Całe jej dorosłe życie upłynęło tutaj. Dorota zaś wraca myślami do Polski, do matki, za którą tęsknotę zawsze starała się ukryć na dnie serca. Pamięta swoją szkołę podstawową, liceum, w którym Halina była cenioną nauczycielką, potem swój romans z przystojnym jak marzenie Ahmedem Salimi. Od czasu do czasu matka i córka przybliżają ramię do ramienia, ściskają wzajemnie swoje dłonie albo zbliżają usta do policzka lub czoła drugiej, by złożyć delikatny pocałunek. Siedzą na miękkiej sofie, dosłownie się w niej zapadając. Dorota trzyma kurczowo rąbek podkoszulka Marysi, jakby nie chciała jej wypuścić, a ta wciąga w nozdrza zapach maminych perfum pomieszanych z aromatem jej ciała. Jedyna taka mieszanka na świecie. Nad ranem Aszraf zastaje swoje panie śpiące, z niedopitymi szklankami whisky w dłoniach i wtulone jedna w drugą. Patrzy na nie czule i bez najmniejszej pretensji. Ostrożnie odstawia szkło i przykrywa żonę i pasierbicę puszystym pledem, starając się ich nie obudzić. Rzuca jeszcze okiem na bilet Marysi, który leży na ławie przed sofą, i dziękuje Allahowi, że lot do Polski ma dopiero późnym popołudniem. Jest szansa, że wytrzeźwieje.
Tak jak przewidywała starsza i doświadczona matka, Marysia ma gigantycznego kaca, ale może właśnie to ją znieczula, bo żegna się z najbliższymi bez zbędnych łez i emocji. Z Nadią i Adilem rozstała się już na specjalnym obiedzie w piątek. Nie chciała dręczyć dzieci ponowną dawką wzruszeń, więc dzisiaj jedzie całkiem sama na lotnisko, pozostawiając na progu domu matkę z Aszrafem i małym Ahmedem, a całą Arabię Saudyjską daleko za sobą. Na lotnisko zawozi ją kierowca pracujący dla doktora. Kobieta da sobie radę, bowiem bierze tylko jedną walizkę, bagaż podręczny i torebkę na ramię. Samotne podróżowanie jest wymagające. Nie można obwiesić się licznymi tobołami, kiedy trzeba liczyć tylko na własne siły.
Klasa biznes w Emirates Airlines reprezentuje najwyższy poziom. I tym razem te linie lotnicze nie zawodzą bogatej kobiety. Zaraz po wejściu pasażerów do kabiny i rozlokowaniu się na wygodnych, szerokich fotelach stewardesy na dobry początek serwują im małe przekąski, soki i inne napoje bezalkoholowe. Większość podróżnych czeka na opuszczenie przestrzeni powietrznej terytorium kraju, gdzie oficjalnie obowiązuje bezwzględna prohibicja, bo dopiero wtedy pojawią się różnorakie alkohole i francuski szampan Veuve Clicquot. Marysia, rozkoszując się bąbelkami musującymi na podniebieniu, wspomina największego amatora tego ekskluzywnego trunku. Ach, biedny Anwar al-Saud. Najprzyzwoitszy z całej rodziny. Najlepszy książę, jakiego znał świat. Mam nadzieję, że Darii uda się podejść tego parszywego terrorystę Jasema Alzaniego i zemścić się na nim za tę i inne zbrodnie. Wiele Saudyjek, podróżujących tak pierwszą, jak i biznesową klasą, to kobiety wyzwolone, a raczej mające nowoczesnych mężów, więc zaraz ściągają swoje piękne, cenne abaje, ukazując równie drogą odzież najlepszych światowych marek. Za ich najmodniejsze i najwyższej jakości torebki oraz buty niejedna zjadaczka chleba dałaby się pokroić. Marysia w niczym od nich nie odstaje, a nawet prezentuje ciekawszą urodę, bo jej arabskie rysy zostały stonowane europejską krwią jej polskiej, pięknej mamy. Biali mężczyźni, zapewne specjaliści, zarabiający na kontraktach w Saudii krocie, nie przejawiają nią żadnego zainteresowania, lecz pożądliwi Saudyjczycy co rusz zawieszają na niej oko. Jej sylwetka jest nietypowa dla reprezentowanej przez nią nacji, bo kobieta jest szczupła i wysportowana, nie ma wielkiej pupy i potężnego brzucha, jak większość arabskich kobiet, choć sporym biustem może się pochwalić. Niezdrową ekscytację wzbudzają też jej ciemne włosy ozdobione blond pasemkami i przycięte na modną w tym sezonie fryzurkę. Makijaż Marysia zrobiła delikatny jak na Arabkę, ale nadal ma kreskę pociągniętą wzdłuż oka tradycyjnym kohlem32, rzęsy mocno wytuszowane maskarą, zaś usta pomalowane czerwoną szminką. Pół Arabka, pół Polka rzuca się w oczy i mało kto ją mija, nie zauważając przymiotów jej ciała. Ona jednak nie zwraca na nikogo uwagi. Rozluźniona dobrym jedzeniem i francuskim trunkiem, układa się wygodnie na swoim posłaniu, oddziela od reszty plastikowym parawanem i oddaje rozmyślaniom o miejscu, do którego zmierza. Ukołysana delikatnymi turbulencjami i szumem silników, zapada w płytki sen w przestworzach, a w jej marach wizja Polski miesza się z Arabią, którą ostatecznie opuszcza. Co chwilę wracają do niej reminiscencje ostatniego ataku terrorystycznego. Tragicznych scen tak szybko nie da się usunąć z pamięci, bo nikt na takie czyny nie jest uodporniony.
Na lotnisku w Dubaju kobieta idzie jak po sznurku do sklepów bezcłowych, by kupić dla nieznanej sobie babci elegancki prezent. Potem odpoczywa w poczekalni dla pasażerów klas pierwszej i biznes. Znajduje się tu wykwintna restauracja, a także pokoje do relaksacji, sala telewizyjna i kącik palacza, toalety oraz prysznice. Nie brakuje też prowizorycznego meczetu. Jedzenie jest tak zróżnicowane, że każda nacja z całego świata znajdzie coś dla siebie. Można zjeść na zimno i na ciepło, dania główne i przekąski, japońskie sushi i sashimi oraz wszelkiego rodzaju ryby, świeże, pieczone, smażone i wędzone. Są nawet polski solony śledź i soczysty norweski łosoś. Jedzenie jest halal33, bo spożycie wieprzowiny dla muzułmanów to widać gorszy grzech niż wypicie butelki wódki. Najdroższe i najlepsze alkohole leją się wartkim strumieniem. Możliwe, że dzieje się tak dlatego, gdyż w Koranie, świętej księdze islamu, o ognistym trunku typu whisky, koniak czy brandy nawet jednym słowem nie wspomniano, a jeśli idzie o wino, prorok Muhammad zalecał jedynie umiar i rozwagę.
Marysi, tak jak większości rozleniwionych pasażerów, nie chce się stąd wychodzić, ale czas płynie nieubłaganie i trzeba już zmierzać do odprawy, choćby nawet na miękkich nogach po spożytych procentach. Na trasie Dubaj-Warszawa pasażerowie różnią się od tych z poprzedniego lotu, choć wiadomo, że biznesklasa gości jedynie tych zamożnych. W większości są to polscy biznesmeni, ale nie zawsze bogactwo wiąże się z dobrymi manierami. Nieustannie słychać głośne rozmowy i nawoływania, często pada popularny polski przerywnik na "k" czy "ch". Większość podróżnych skupia się głównie na konsumpcji alkoholu. Marysia z rozbawieniem słucha narzekań międzynarodowych stewardes, które obawiają się, że lada moment źródełko się wyczerpie.
- Znowu to samo - poszeptują między sobą. - Wszyscy w ekonomicznej są totalnie zaprawieni.
- Ci Polaczkowie w ciągu sześciu godzin wypijają więcej gorzały niż inni na lotach czternastogodzinnych.
- Tragedia, moje panie - do plotkarek dołącza chłopak z obsługi. - Mamy utalentowaną grupę. Leci z nami chór, który wraca z tournée po Azji. Osiemdziesiąt osób! Zaczęli właśnie swoje końcowe występy.
Do uszu pasażerów biznesklasy dochodzą mocne, cudownie zsynchronizowane głosy, które intonują patriotyczną pieśń O mój rozmarynie. Marysi bardzo się to podoba, takiej muzyki w życiu nie słyszała i z niczym nie może jej porównać. Jedyna w swoim rodzaju. To lepsze niż oglądanie głupich amerykańskich filmów i słuchanie oklepanej muzy, którą nam tu oferują. Coś niezwykłego! Wspaniale! Jednak nie wszyscy podzielają jej zachwyt. Wkrótce zaczyna się narzekanie:
- Nie po to człowiek płaci krocie za bilet, żeby słuchać pijackich zawodzeń!
- Zamknijcie się, do cholery!
- Co to ma znaczyć? Chcemy odpocząć. Spać!
Akcja uciszania rozbawionych śpiewaków trwa dobre pół godziny. Najpierw przechodzą na murmurando, lecz w końcu cichną. I chyba tylko Marysi jest żal, że występ tak szybko się kończy.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
PRZEDMOWA
PROLOG
NOWA DROGA