p

Anne ze Złotych Iskier. Ania z Zielonego Wzgórza. Tom 6 - Lucy Maud Montgomery

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (38,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OD TŁU­MACZKI

Od­da­jąc Czy­tel­nicz­kom i Czy­tel­ni­kom nowy prze­kład ko­lej­nego tomu kul­to­wego cy­klu po­wie­ści o Anne, je­stem świa­doma "zdrady" po­peł­nia­nej wo­bec po­ko­le­nia ich ma­tek i babć, do któ­rych zresztą za­li­czam też sie­bie. Tak jest - ra­zem z wy­dawcą do­szli­śmy do wnio­sku, że w cza­sach, kiedy wszyst­kie dzieci wie­dzą, że żadna Ka­na­dyjka nie ma na imię Ania, Janka czy Zo­sia, a ża­den Ka­na­dyj­czyk nie na­zywa się Ma­te­usz czy Ka­ro­lek, pora przy­wró­cić wszyst­kim, nie tylko wy­bra­nym (jak w po­przed­nich prze­kła­dach), bo­ha­ter­kom i bo­ha­te­rom książki ich praw­dziwe imiona, na­zwom geo­gra­ficz­nym na Wy­spie Księ­cia Edwarda zaś ich ory­gi­nalne brzmie­nie.

Po­dej­mu­jąc się ko­lej­nego prze­kładu (a w ostat­nich la­tach na­stą­pił praw­dziwy ich wy­syp), po­sta­wi­łam so­bie za cel jak naj­ści­ślej­szą wier­ność wo­bec ory­gi­nału i re­aliów ży­cia na Wy­spie Księ­cia Edwarda. Od­wie­dzi­łam w tym celu liczne fora in­ter­ne­towe, blogi i grupy na Fa­ce­bo­oku po­świę­cone ży­ciu i twór­czo­ści Lucy Maud Mont­go­mery. Na­leżą do nich osoby, które do­sko­nale znają wszyst­kie jej książki, także w ory­gi­nale, i od lat ana­li­zują nowe prze­kłady, bez­li­to­śnie de­ma­sku­jąc na­wet naj­mniej­sze błędy i nie­ści­sło­ści. Każda z tych osób ma swoje zda­nie na przy­kład w kwe­stii tłu­ma­cze­nia na­zwy Green Ga­bles, od po­nad stu lat zna­nej w Pol­sce jako Zie­lone Wzgó­rze. W sieci do­stępne są zdję­cia z Wy­spy Księ­cia Edwarda, można więc so­bie obej­rzeć, jak wy­glą­dają słynne "czer­wone drogi" czy od­two­rzona na pod­sta­wie opisu w książce i ko­re­spon­den­cji au­torki farma ro­dzeń­stwa Cu­th­ber­tów. Dzięki uprzej­mo­ści Ber­na­dety Mi­lew­ski (au­torki bloga "Kie­ru­nek Avon­lea"), która nie tylko jest ko­pal­nią wie­dzy o LMM, zna na wy­rywki wszyst­kie jej książki i tropi w nich z do­cie­kli­wo­ścią de­tek­tywa wątki au­to­bio­gra­ficzne, ale też co roku spę­dza na Wy­spie Księ­cia Edwarda kilka mie­sięcy i współ­pra­cuje z L.M. Mont­go­mery Li­te­rary So­ciety, mo­głam do­wie­dzieć się, jak istotne dla au­torki było słowo ga­ble. Na­zwa ta już od pierw­szego prze­kładu spra­wiała tłu­ma­czom kło­poty. Ga­ble po an­giel­sku to ter­min ar­chi­tek­to­niczny, ozna­cza­jący trój­kątną ścianę łą­czącą dwie czę­ści dwu­spa­do­wego da­chu. Po pol­sku jest to "szczyt". Nie­stety słowo "szczyt" Po­la­kom ko­ja­rzy się głów­nie z gó­rami, dla­tego już pierw­sza tłu­maczka zmie­niła ory­gi­nalne Green Ga­bles na Zie­lone Wzgó­rze, które tak wryło się w pa­mięć ko­lej­nych po­ko­leń, że aż do tej pory nikt nie od­wa­żył się zba­dać, czy tam w ogóle było ja­kieś wzgó­rze. Otóż nie było. Ale to nie dla­tego zde­cy­do­wa­łam się zro­bić wy­łom w tra­dy­cji i na­zwać ten dom Zie­lone Szczyty. Zro­bi­łam to po tym, jak przyj­rza­łam się na zdję­ciach tam­tej­szemu bu­dow­nic­twu, w któ­rym wła­śnie te szczyty naj­bar­dziej rzu­cają się w oczy. Nie­które domy mają ich po kilka. Ist­nieje książka Na­tha­niela Haw­thorne'a pod ty­tu­łem The Ho­use of the Se­ven Ga­bles [Dom o sied­miu szczy­tach], którą L.M. Mont­go­mery czy­tała w roku 1903. Swój po­kój w domu dziad­ków Mac­ne­il­lów, u któ­rych się wy­cho­wała, na­zy­wała za­wsze ga­ble room - i tę na­zwę (east ga­ble room) nadała po­ko­ikowi Anne. Było to dla niej nie­mal ma­giczne miej­sce, o któ­rym na­pi­sała na­wet kilka wier­szy. W tym to­mie na­zwa Zie­lone Szczyty po­ja­wia się spo­ra­dycz­nie, po­nie­waż Anne już tam nie mieszka, za to po­zwo­li­łam so­bie do­ko­nać ko­lej­nej zmiany. Cho­dzi o na­zwę domu pań­stwa Bly­the'ów - ich pierw­szego wła­snego, a nie wy­na­ję­tego. W ory­gi­nale to In­gle­side, co ozna­cza "prze­strzeń wo­kół ko­minka". Już w Wy­ma­rzo­nym domu Anne wi­dać, jak ważną rolę w ży­ciu tej ro­dziny od­gry­wało to wła­śnie miej­sce, dla­tego uzna­łam, że na­zwa ich pierw­szego wła­snego domu po­winna ja­koś wią­zać się z ogniem. Pol­ska na­zwa Złoty Brzeg, którą znamy z do­tych­cza­so­wych prze­kła­dów, nie ma z nim nic wspól­nego. Poza tym czy taka ro­man­tyczka jak Anne mo­głaby na­zwać swój dom (po­ło­żony zresztą dość da­leko od mo­rza) brze­giem, na­wet zło­tym? Moim zda­niem nie, zwłasz­cza że w jed­nym z pierw­szych roz­dzia­łów zwie­rza się Dia­nie, jak długo ra­zem z Gil­ber­tem za­sta­na­wiali się nad tą na­zwą i jak bar­dzo za­le­żało im, aby była piękna. Czy Złote Iskry przy­padną Pań­stwu do gu­stu tak samo jak mnie - przy­szłość po­każe.

Fik­cyjna na­zwa Four Winds obej­muje praw­do­po­dob­nie całą część wy­brzeża, w skład któ­rej wcho­dzą liczne słabo za­lud­nione osady, ta­kie jak Four Winds Har­bour (gdzie znaj­do­wał się Wy­ma­rzony Dom), Har­bour Head, nie­wy­mie­niona z na­zwy wio­ska ry­backa, a także całe Glen St. Mary (ze Zło­tymi Iskrami).

Za ab­so­lut­nie bez­cenne in­for­ma­cje ser­decz­nie dzię­kuję Ber­na­de­cie Mi­lew­ski, au­torce bloga "Kie­ru­nek Avon­lea", oraz panu Sta­ni­sła­wowi Ku­cha­rzy­kowi, który od lat bada florę Wy­spy Księ­cia Edwarda, a swoją wie­dzą dzieli się na blogu "Ziel­nik L.M. Mont­go­mery". To on jest au­to­rem nie­ofi­cjal­nej (bo ofi­cjal­nej brak) pol­skiej na­zwy may­flo­wers (ma­jow­niki), ulu­bio­nych kwia­tów LMM (Epi­gaea re­pens), o któ­rych au­torka czę­sto wspo­mina w swo­ich książ­kach.

Anna Bań­kow­ska

ROZ­DZIAŁ I

- JA­KIE BIAŁE JEST dziś świa­tło księ­życa - szep­nęła do sie­bie Anne Bly­the.

Szła wła­śnie przez ogród do fron­to­wych drzwi domu Diany i Freda Wri­gh­tów. W prze­sy­co­nym solą po­wie­trzu mor­ska bryza zwie­wała płatki kwia­tów wi­śni.

Przy­sta­nęła na chwilę, żeby po­pa­trzeć na oko­liczne wzgó­rza i lasy, które tak nie­zmien­nie ko­chała od daw­nych cza­sów aż po dziś dzień. Dro­gie Avon­lea! Wpraw­dzie od wielu lat jej dom znaj­do­wał się w Glen St. Mary, ale ta osada miała w so­bie coś, czego Glen za­wsze bę­dzie bra­ko­wało. Tu­taj za każ­dym za­krę­tem czy­hały na Anne jej oso­bi­ste du­chy... Tu­taj wi­tały ją pola, po któ­rych kie­dyś się włó­czyła, tu ota­czały ją nie­milk­nące echa daw­nego bez­tro­skiego ży­cia, a każde miej­sce bu­dziło ja­kieś miłe wspo­mnie­nie. Tu wresz­cie znaj­do­wały się na­wie­dzone ogrody, gdzie roz­kwi­tały wszyst­kie róże prze­szło­ści. Anne za­wsze uwiel­biała po­wroty do Avon­lea, na­wet je­śli - tak jak te­raz - po­wód wi­zyty był smutny. Przy­je­chali tu ra­zem z Gil­ber­tem na po­grzeb jego ojca, ale ona zo­stała na cały ty­dzień, bo Ma­rilla i pani Lynde nie mo­gły znieść my­śli o tak ry­chłym po­że­gna­niu. Szczy­towy po­kój nad gan­kiem za­wsze cze­kał, w każ­dej chwili go­tów na przy­ję­cie daw­nej miesz­kanki. Kiedy Anne we­szła na górę za­raz po przy­jeź­dzie, zo­ba­czyła na sto­liku wielki bu­kiet wio­sen­nych kwia­tów od pani Lynde. Od razu za­nu­rzyła w nim twarz i wy­dało jej się, że wdy­cha cały za­pach tam­tych nie­za­po­mnia­nych lat. Spo­tkała tu sie­bie z prze­szło­ści i w jej sercu wez­brała ta sama, do­brze znana fala głę­bo­kiego ukon­ten­to­wa­nia. Ten szczy­towy po­kój za­my­kał ją w swo­ich ra­mio­nach, obej­mo­wał, otu­lał. Anne spoj­rzała z czu­ło­ścią na swoje stare łóżko z wy­dzier­ganą przez pa­nią Lynde na­rzutą w listki ja­błoni i nie­ska­zi­telne po­duszki, ozdo­bione ko­ron­kami jej ro­boty, na ple­cione dy­wa­niki Ma­rilli... na lu­stro, w któ­rym kie­dyś od­bi­jała się twa­rzyczka ma­łej sie­roty. Sie­roty, która w swą pierw­szą noc nie mo­gła prze­stać pła­kać, do­póki nie zmo­rzył jej sen. Anne nie pa­mię­tała w tej chwili, że jest już szczę­śliwą matką pię­ciorga dzieci i że Su­san Ba­ker w Zło­tych Iskrach po raz ko­lejny dzierga w ta­jem­nicy ja­kieś małe bu­ciczki. Te­raz znów była Anne z Zie­lo­nych Szczy­tów. Kiedy pani Lynde we­szła z czy­stymi ręcz­ni­kami, za­stała ją za­pa­trzoną ma­rzy­ciel­sko w lu­stro.

- Jak do­brze mieć cię znów w domu, Anne, ot co! Mi­nęło dzie­więć lat od two­jego wy­jazdu, ale obie z Ma­rillą cią­gle za tobą tę­sk­nimy. Wpraw­dzie od­kąd Davy się oże­nił, nie jest już w domu tak pu­sto. Mil­lie to na­prawdę miłe stwo­rze­nie, a te jej wy­pieki...! Nie­stety jest strasz­nie wścib­ska i wszystko musi wie­dzieć, a ja za­wsze po­wta­rzam, że z tobą i tak nikt się nie może rów­nać.

- Ale lu­stra nie da się oszu­kać, ono wy­raź­nie mówi: "Nie je­steś już taka młoda..." - od­rze­kła prze­kor­nie Anne.

- Za to za­cho­wa­łaś swoją dawną cerę - po­cie­szyła ją pani Lynde. - Cho­ciaż w kwe­stii ko­lo­rów i tak nie mia­łaś zbyt wiele do stra­ce­nia.

- W każ­dym ra­zie na drugi pod­bró­dek ni­gdy się u mnie nie za­no­siło - za­uwa­żyła we­soło Anne. - I mój dawny po­kój na­dal o mnie pa­mięta. Cie­szę się, bo by­łoby mi na­prawdę przy­kro, gdy­bym przy któ­rejś wi­zy­cie za­uwa­żyła, że o mnie za­po­mniał. A jak cu­dow­nie zo­ba­czyć księ­życ wscho­dzący nad Na­wie­dzo­nym La­sem!

- Wy­gląda na tym nie­bie jak wielki ka­wał złota, czyż nie? - Pani Lynde po­czuła, że po­pada w nie­sto­sow­nie po­etycki na­strój. Do­brze, że Ma­rilla tego nie sły­szała.

- I te czuby jo­deł na jego tle... A ni­żej brzozy, które wciąż wy­cią­gają ra­miona ku wy­sre­brzo­nemu niebu... Te­raz to już duże drzewa, a kiedy tu przy­je­cha­łam, były jesz­cze ma­lut­kie. I także dla­tego czuję się nieco staro.

- Bo drzewa są jak dzieci - przy­znała pani Lynde. - To straszne, jak one szybko ro­sną. Wy­star­czy, że się na chwilę od­wró­cisz... Weź choćby Freda Wri­ghta. Ma le­d­wie trzy­na­ście lat, a już jest pra­wie wzro­stu swego ojca. Na ko­la­cję mamy za­pie­kankę z kur­czaka i tro­chę cy­try­no­wych cia­ste­czek. I nie oba­wiaj się spać w tym łóżku, wy­wie­trzy­łam dziś po­ściel. Ma­rilla, nie wie­dząc o tym, zro­biła to drugi raz, a po­tem jesz­cze Mil­lie, która my­ślała, że o tym nie pa­mię­tamy. Mam na­dzieję, że Mary Ma­ria Bly­the przyj­dzie ju­tro, ona tak lubi po­grzeby...

- Ciotka Mary Ma­ria... Gil­bert za­wsze tak ją na­zywa, cho­ciaż to tylko ku­zynka jego ojca. Ona zwraca się do mnie "An­nie"! - Anne wzdry­gnęła się z obrzy­dze­nia. - Gdy tylko mnie po­znała po na­szym ślu­bie, za­uwa­żyła: "Ja­kie to dziwne, że Gil­bert wła­śnie cie­bie wy­brał. Miał do wy­boru tyle mi­łych dziew­cząt". Może dla­tego ni­gdy jej nie po­lu­bi­łam... I wiem, że Gil­bert też za nią nie prze­pada, cho­ciaż się do tego nie przy­znaje, bo ma ta­kie silne po­czu­cie kla­no­wo­ści.

- Czy Gil­bert zo­sta­nie na dłu­żej?

- Nie, wraca ju­tro wie­czo­rem. Zo­sta­wił pa­cjenta w kry­tycz­nym sta­nie.

- No tak, przy­pusz­czam, że po śmierci matki w ze­szłym roku nic już go w Avon­lea nie trzyma. Star­szy pan Bly­the ni­gdy się nie po­zbie­rał po stra­cie żony... Po pro­stu nie miał już po co żyć. Bly­the'owie za­wsze za bar­dzo przy­wią­zy­wali się do ziem­skich spraw. Smutno, że w Avon­lea nie zo­stał już nikt z tego pięk­nego, sta­rego rodu. Za to Slo­ane'ów mamy tu do wy­boru, do ko­loru, ale oni za­wsze są tylko Slo­ane'ami i będą nimi na wieki wie­ków, amen.

- A niech się mnożą na zdro­wie. Ja po ko­la­cji za­mie­rzam obejść cały ten stary sad w bla­sku księ­życa. I cho­ciaż w końcu będę mu­siała się po­ło­żyć, za­wsze uwa­ża­łam, że prze­sy­pia­nie księ­ży­co­wych nocy to strata czasu. Ale ko­niecz­nie chcę ju­tro wcze­śnie wstać i zo­ba­czyć, jak znad Na­wie­dzo­nego Lasu wkrada się pierw­sze świa­tło po­ranka. Niebo na­bie­rze barwy ko­ralu, wo­kół będą ska­kały drozdy, może na­wet na pa­ra­pe­cie przy­sią­dzie szary wró­be­lek... I po­pa­trzę so­bie na te złote i fio­le­towe bratki...

- Kró­liki wy­żarły wszyst­kie czerw­cowe li­lie[1] z ra­batki - po­wie­działa ze smut­kiem pani Lynde, prze­miesz­cza­jąc się w stronę scho­dów.

W głębi du­szy czuła ulgę, że nie musi już roz­pły­wać się nad księ­ży­cem; Anne za­wsze miała ta­kie dziwne skłon­no­ści i ra­czej nie za­no­siło się, że z nich kie­dyś wy­ro­śnie.

DIANA WY­SZŁA PRZY­JA­CIÓŁCE na spo­tka­nie. Na­wet przy księ­życu można było za­uwa­żyć, że jej włosy na­dal są czarne, po­liczki ró­żowe, a oczy pełne bla­sku. Ale też nie dało się ukryć, że mocno przy­brała na wa­dze, cho­ciaż i tak ni­gdy nie na­le­żała do - jak to mó­wiono - chu­dziel­ców.

- Nie martw się, ko­chana, ja tylko na mo­men­cik.

- No wiesz?! Czym mia­ła­bym się mar­twić? - obu­rzyła się Diana. - Prze­cież o wiele bar­dziej wolę spę­dzić ten wie­czór z tobą niż na przy­ję­ciu. Nie na­cie­szy­łam się tobą jesz­cze, a już po­ju­trze wy­jeż­dżasz... Ale sama ro­zu­miesz, to brat Freda i po pro­stu mu­simy...

- Oczy­wi­ście, że mu­si­cie. A ja na­prawdę przy­bie­głam tylko na chwilę. Tą starą drogą, wiesz, koło Fon­tanny Driad... przez Na­wie­dzony Las, koło wa­szego sta­rego ogrodu i Wierz­bo­wego Oczka. I na­wet za­trzy­ma­łam się tam, żeby na­szym sta­rym zwy­cza­jem po­pa­trzeć na wierzby prze­glą­da­jące się w wo­dzie. Ależ one uro­sły!

- Jak wszystko - od­rze­kła Diana z wes­tchnie­niem. - Weź choćby mło­dego Freda. Zmie­ni­li­śmy się wszy­scy... prócz cie­bie. Ty wciąż wy­glą­dasz tak samo. Jak ci się udaje za­cho­wać tak szczu­płą fi­gurę? Spójrz tylko na mnie!

- Tro­chę już przy­po­mi­nasz ma­tronę - przy­znała Anne ze śmie­chem - ale nie­ko­niecz­nie taką w śred­nim wieku. Mó­wisz, że się nie zmie­niam? No cóż, pani H.B. Don­nell też tak uważa. Po­wie­działa mi na po­grze­bie, że nie po­sta­rza­łam się na­wet o je­den dzień. Za to pani Har­mo­nowa An­drews wy­krzyk­nęła: "Mój Boże, Anne, ale się po­su­nę­łaś!". Wszystko za­leży od oka... albo na­sta­wie­nia. Ja czuję upływ czasu tylko wtedy, gdy oglą­dam zdję­cia w ma­ga­zy­nach. Mo­delki i mo­dele wy­dają mi się sta­now­czo zbyt mło­dzi. Ale nie przej­muj się, Di, ju­tro znów bę­dziemy dziew­czyn­kami. Wła­śnie po to przy­szłam, żeby ci to za­ko­mu­ni­ko­wać. Weź­miemy so­bie wolne po­po­łu­dnie i wie­czór, od­wie­dzimy wszyst­kie stare, uko­chane miej­sca. Po­wę­dru­jemy przez wio­senne pola i przez te lasy z gę­stwiną pa­proci, i przez pa­górki, na któ­rych od­naj­dziemy mło­dość. Wiesz, na wio­snę nic nie jest nie­moż­liwe. Odło­żymy na bok ro­dzi­ciel­ską od­po­wie­dzial­ność i sta­niemy się znów roz­chi­cho­ta­nymi trzpiot­kami, zresztą pani Lynde w du­chu na­dal mnie za taką uważa. Nie można cały czas być tak strasz­nie roz­sądną, to żadna przy­jem­ność.

- Ja­kież to dla cie­bie ty­powe! O ni­czym in­nym nie ma­rzę, ale...

- Żad­nych "ale"! Wiem, co so­bie my­ślisz: "Kto poda moim pa­nom ko­la­cję?".

- Nie­zu­peł­nie. Anne Cor­de­lia może się tym za­jąć rów­nie do­brze jak ja, cho­ciaż ma za­le­d­wie je­de­na­ście lat - od­parła z dumą Diana. - I tak zresztą miała to zro­bić, bo wy­bie­ra­łam się na ze­bra­nie Koła Po­mocy Pań. Ale zre­zy­gnuję z tego, wolę pójść z tobą. To bę­dzie jak speł­nione ma­rze­nie. Bo wiesz, Anne, wiele razy sia­dy­wa­łam so­bie wie­czo­rami i uda­wa­łam, że znów je­ste­śmy dziew­czyn­kami. A ko­la­cję za­bie­rzemy z sobą.

- I zjemy ją w ogro­dzie He­ster Gray... Mam na­dzieję, że on na­dal ist­nieje?

- Tak są­dzę - od­parła Diana nie­pew­nie. - Nie by­łam tam od ślubu, za to Anne Cor­de­lia dużo czasu spę­dza na wę­drów­kach. Za­wsze jej po­wta­rzam, żeby nie od­da­lała się za bar­dzo od domu, ale ona uwiel­bia włó­czyć się po la­sach. A raz, kiedy zbesz­ta­łam ją za to, że w ogro­dzie gada do sie­bie, od­po­wie­działa mi, że wcale nie roz­ma­wia z sobą, tylko z du­chem kwia­tów. Pa­mię­tasz ten lal­czyny ser­wis do her­baty z ma­lut­kimi pącz­kami róż, który przy­sła­łaś jej na dzie­wiąte uro­dziny? Nie stłu­kła się do­tąd ani jedna sztuka, bo Anne Cor­de­lia tak się nad nim trzę­sie. Używa go tylko wtedy, kiedy na pod­wie­czo­rek przy­cho­dzą Trzy Zie­lone Lu­dziki. I nie mogę z niej wy­cią­gnąć, kto to niby ma być. Po­wia­dam ci, Anne, pod nie­któ­rymi wzglę­dami ona jest znacz­nie bar­dziej po­dobna do cie­bie niż do mnie.

- Może w imie­niu tkwi coś wię­cej, niż do­pusz­czał Szek­spir[2]. Nie gnie­waj się na Anne Cor­de­lię za jej fan­ta­zje, Diano. Za­wsze żal mi dzieci, które nie spę­dzają cho­ciaż kilku lat w Kra­inie Ba­śni.

- Te­raz w na­szej szkole uczy Oli­via Slo­ane. Ma ty­tuł li­cen­cjatki, a po­sadę w szkole wzięła tylko na rok, żeby być bli­żej matki. No i Oli­via mówi, że dzieci trzeba kon­fron­to­wać z rze­czy­wi­sto­ścią.

- Czy ja do­brze sły­szę? Diana Wri­ght głosi slo­ani­zmy?

- Nie... nie... NIE! Nie lu­bię jej ani tro­chę. Ma ta­kie okrą­głe wy­łu­pia­ste oczy jak cały ich ród. I nie prze­szka­dzają mi fan­ta­zje Anne Cor­de­lii, są ta­kie ładne jak kie­dyś twoje. Jesz­cze zdąży za­znać praw­dzi­wego ży­cia.

- No to usta­lone. Przyjdź o dru­giej do Zie­lo­nych Szczy­tów, na­pi­jemy się po szkla­neczce po­rzecz­ko­wego wina... To nas wprawi w sza­tań­ski na­strój. Ma­rilla wciąż jesz­cze je robi, na prze­kór pa­sto­rowi i pani Lynde.

- Pa­mię­tasz, jak się nim u was upi­łam? - spy­tała Diana, która ni­komu poza Anne nie po­zwo­li­łaby użyć w swo­jej obec­no­ści słowa "sza­tań­ski". Ale prze­cież każdy wie­dział, że Anne nie miała nic złego na my­śli. Ona taka już jest.

- Urzą­dzimy so­bie praw­dziwy dzień wspo­mnień... Ale już cię nie za­trzy­muję, wi­dzę, że Fred za­jeż­dża bryczką. Masz prze­śliczną suk­nię.

- Fred ka­zał mi spra­wić so­bie nową na to we­sele. Ja uwa­ża­łam, że nas na to nie stać, bo wła­śnie wy­kosz­to­wa­li­śmy się na nową sto­dołę. On jed­nak się uparł: jego żona nie może wy­glą­dać jak ja­kieś po­py­cha­dło, kiedy wszy­scy inni będą pa­ra­do­wać w naj­mod­niej­szych stro­jach. Czyż nie iście po mę­sku?

- O, mó­wisz jak pani El­liott z Glen - za­uwa­żyła su­rowo Anne. - Uwa­żaj na tę skłon­ność. Chcia­ła­byś żyć w świe­cie bez męż­czyzn?

- To byłby kosz­mar - przy­znała Diana. - Tak, Fred, już idę. Och, no do­brze... Do ju­tra, Anne.

W dro­dze po­wrot­nej Anne przy­sta­nęła koło Fon­tanny Driad. Jakże ko­chała ten stary stru­mień! Za­cho­wał w so­bie każdy wy­buch jej dzie­cię­cego śmie­chu i te­raz zda­wało się, że go od­daje jej wy­tę­żo­nym uszom. Stare ma­rze­nia... jak wy­raź­nie od­bi­jały się te­raz w czy­stym źró­dełku! Dawne przy­sięgi, dawne szepty... wszystko to stru­mień za­trzy­mał, o wszyst­kim tym ci­chutko szem­rał, ale słu­chały go już tylko - jak za­wsze - stare, mą­dre jo­dły Na­wie­dzo­nego Lasu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki