Rozdział 1
W którym zabawa dopiero się rozkręca, jednych kusi smak piwa, innych blask pieniądza
Kulawy Bocian pękał w szwach jak nigdy.
Właściciel lokalu, Bolesław Bocian, stał za barem, podpierał potrójny podbródek o pulchną dłoń i wodził zadowolonym spojrzeniem po zatłoczonym barze. Goście wypełniali każdy wolny skrawek: jedni siedzieli przy stolikach i w lożach, inni - zbici w grupki i pogrążeni w rozmowach - stali to tu, to tam, a jeszcze kolejni niemrawo podrygiwali do skocznej muzyki miksowanej przez didżeja amatora.
Bolesław uśmiechnął się z rozrzewnieniem. Właśnie tak wyobrażał sobie swój ukochany lokal. Ach, te tłumy! Te gromkie okrzyki i śmiech przypominający brzdęk tłuczonego szkła...
Tłuczonego szkła?!
Mężczyzna gwałtownie poderwał głowę. Na widok Brendy zbierającej z podłogi odłamki roztrzaskanych szklanek skrzywił się lekko i westchnął w duchu. Miał nadzieję, że w najbliższych dniach jego żonie Felicji nie przyjdzie na myśl zjawić się w lokalu. Ostatnio za mocno zainteresowała się mężowskim interesem. Wpadała do Kulawego Bociana znienacka i przechadzała się po barze niespiesznym krokiem, uważnie lustrując ściany i podłogi. Przykładała miarkę to tu, to tam, po czym skrzętnie notowała coś w maleńkim notatniku. W jednym miejscu tupała nogą, w innym drapała wypielęgnowanym paznokciem po tynku, a oczy skakały jej przy tym jak te kolorowe piłeczki w aparaturze losującej totolotka. A ile pytań potrafiła z siebie wyrzucić w ciągu pięciominutowej wizyty w barze! A co tam jest? A na co to potrzebne? A gdzie Bolesław trzyma to? A dokąd Bolesław wywiózł tamto? A czemu to jest w tym miejscu? A w tamtym tego nie ma? A ile Bolesław ma tego? A tamtego? A to co?
- Psie jajco! - mamrotał gniewnie pod nosem Bolesław, uważając, by ta niezbyt wyszukana riposta nie dotarła do uszu połowicy. Coraz częściej przyłapywał się na tym, że na widok Felicji wchodzącej do baru w jego żołądku formował się ciężki głaz. Wtedy czmychał do mikroskopijnego biura na zapleczu i tam, pochylony nad stertą dawno opłaconych faktur, udawał głęboko pogrążonego w papierkowej pracy, w rzeczywistości dumał jednak nad tym, że właśnie runął ostatni bastion zarówno męskiej, jak i Bocianiej wolności!
Bolesław potarł pyzaty policzek i przybrał butną minę.
To nie jest dobra chwila na smętne refleksje! Na to przyjdzie czas jutro, w przyszłą środę albo w jeszcze inny dzień. Dzisiaj należało świętować: z werwą, fantazją i głośnym śmiechem! Z toastami wznoszonymi schłodzonym szampanem oraz ze znakomitym piwem, które Bolesław sprowadził specjalnie na tę okoliczność z zaprzyjaźnionego rzemieślniczego browaru!
Tego wieczoru w Kulawym Bocianie odbywało się przyjęcie zaręczynowe Alicji i Pedra. Bolesław Bocian czuł się poniekąd ojcem chrzestnym tej miłości. Puchł z dumy, obserwując szczęśliwą parę i zgromadzonych wokół niej gości. Z rozrzewnieniem rozmyślał, że małżeństwo to wspaniała rzecz. Wyjątkowe porozumienie dwojga dusz. Sojusz serc.
Znał się na tym. Wszak Felicja była jego piątą żoną.
Szczęśliwi narzeczeni krążyli wśród gości: przyjmowali gratulacje, demonstrowali pierścionek zaręczynowy (Alicja) i otrzymywali porozumiewawcze szturchańce (Pedro). Mówiąc krótko: zabawa trwała w najlepsze!
A tak niewiele brakowało, by impreza w ogóle się nie odbyła, pomyślała Alicja po oswobodzeniu się z objęć wąsatego wuja i wytarciu ukradkiem lepkiego policzka. Planowali wyprawić nieduże przyjęcie, najlepiej w ogrodzie Miłoszewskich. Zaprosiliby na nie najbliższych: rodzinę, przyjaciół, ewentualnie paru sąsiadów albo współpracowników. Ale "stara gwardia" , jak zwykły mówić o sobie babcia Trudzia i Cioteczka, nie chciała o tym słyszeć! "To musi być impreza z pompą!" - oświadczyły zgodnie. Sekundowała im Brenda, która (nie pytając Bolesława o zdanie) zadecydowała, że przyjęcie odbędzie się w Kulawym Bocianie. Nim młodzi zdążyli zaoponować, przygotowania ruszyły z kopyta. Seniorki złapały za telefony, z eleganckich torebek dobyły notesiki kryjące kontakty do dawno niewidzianych krewniaków i rozpoczęły żmudny proces zapraszania gości. Na widok imponującej liczby biesiadników Alicja doznała oczopląsu. Skoro staruszki wykazały się takim rozmachem przy organizowaniu przyjęcia zaręczynowego, na wesele prawdopodobnie będzie zmuszona wynająć stadion Wisły Kraków!
Młodą kobietę z zamyślenia wyrwał brzęk tłuczonego szkła. Gdy odnalazła wzrokiem źródło hałasu, odruchowo złapała się za głowę. Ponura jak chmura gradowa Brenda kucała wśród odłamków szklanek i zbierała co większe kawałki. Co chwilę łypała gniewnie na kajającego się chłopaka ze zmierzwioną rudą brodą stylizowaną na wikinga. Nieszczęśnik mamrotał przeprosiny, niebezpiecznie kołysząc się w przód i w tył. To chyba kuzyn z Kędzierzyna-Koźla, przemknęło przez myśl Alicji. A może z Kozłowa?
Alicja przeczuwała nadejście katastrofy, dlatego szybkim krokiem ruszyła w kierunku przewróconego stolika. Spóźniła się. Rudzielec stracił równowagę i ciężko zwalił się na barmankę.
Po chwili leżał na posadzce i trzymał się za obolały nos. Ala mimowolnie parsknęła śmiechem i złapała wściekłą Brendę za łokieć, dzięki czemu uratowała chłopaka przed gorszym losem. Oj, wielu już zwiodły filigranowa sylwetka i elfie rysy twarzy barmanki! Wielu widziało w niej delikatną, słabą młodą kobietę, która nie dałaby sobie rady ze słoikiem kiszonych ogórków. Tymczasem drobne ramiona Brendy kryły krzepę, dłonie zaś były zręczne i zdecydowane! Przy klienteli Kulawego Bociana, która nierzadko sięgała tam, gdzie sięgać nie powinna, było to nieodzowne!
Alicja lekko odepchnęła zdezorientowanego kuzyna i pomogła przyjaciółce ustawić przewrócony stolik. Gdy wszystkie krzesła stały już na swoich miejscach, okruchy szkła wylądowały w kubełku na śmieci, a blat został starannie przetarty, żartobliwie pogroziła Brendzie palcem.
- Nie pracujesz dzisiaj! - przypomniała. - Jesteś gościem! Powinnaś się zabawić...
- Zabawić! - prychnęła Brenda i ruchem brody wskazała rudzielca pląsającego w kącie. - Ciekawe jak, skoro takie pacany nie potrafią się zachować i demolują bar?! Bez urazy... - mruknęła, a jej wydatne kości policzkowe zabarwił intensywny rumieniec. - To chyba twój kuzyn.
- Nie znam tego pana - zażartowała Alicja. - A ty spróbuj odwrócić wzrok. Nie ma się czym przejmować. Spójrz na Bolesława... - Popatrzyły na właściciela, który leniwym ruchem wydłubywał coś z nosa. Alicja skrzywiła się. - Albo lepiej nie...
- Mówię ci, ruda. Wszechobecne chamstwo. Mam tego dość! - Brenda zgrzytnęła zębami.
- Potrzebujesz urlopu.
- Potrzebuję bezludnej wyspy i co najmniej pięciu opakowań żelków malinowych.
Ala zachichotała, ujęła przyjaciółkę za ramię i lekko się do niej przytuliła.
- Widzisz? Potrafisz z tego żartować, więc nie jest z tobą aż tak źle! Spróbuj zapomnieć o rozbitych szklankach i brudnych stolikach! Będziemy się nimi martwić rano. A teraz zabaw się na tym cholernym przyjęciu zaręczynowym, jak na przyszłą świadkową przystało!
Brenda wytrzeszczyła oczy z wrażenia.
- Mówisz serio? - wykrztusiła, w napięciu wpatrując się w twarz Miłoszewskiej.
Alicja skinęła głową.
- Tak! Oboje z Pedrem pragniemy, byś została świadkową na naszym ślubie! Zamierzaliśmy cię o to poprosić w bardziej sprzyjających okolicznościach, ale skoro stoisz tu taka ponura jak...
- Ja? Ponura? - oburzyła się Brenda, po czym westchnęła i ze śmiechem pokręciła głową. - Nie wiem, Alu... Chyba wrosłam do miejsca za barem, a po drugiej stronie nie potrafię się odnaleźć!
- Musisz spróbować! Chyba nie chcesz złamać serca babci Trudzi? Jest przekonana, że organizuje najlepsze imprezy w mieście.
- Nie śmiałabym zadzierać ze Starą Damą! Chciałabym jednak zwrócić twoją uwagę, że nie jestem jedynym ponurakiem na sali...
Ala obejrzała się przez ramię i zmierzyła rozbawionym spojrzeniem wysokiego mężczyznę pod ścianą.
- To doktor Kamil, weterynarz ze schroniska. On z zasady woli towarzystwo czworołapnych.
- Jeszcze godzina przy piwie i większość będzie poruszać się na czworaka! - stwierdziła barmanka. - No, a tamta kobieta?
- Nie mam pojęcia. - Ala zmarszczyła brwi. - To chyba ktoś z rodziny Pedra. Wygląda, jakby trafiła tu za karę, prawda?
- Musiała niewąsko nagrzeszyć... Proponuję kieliszek szampana za to świadkowanie!
- Jestem za!
Kobieta obserwowała oddalające się przyjaciółki kątem oka. Kiedy zostały wchłonięte przez tłum gości, odetchnęła z ulgą. Przy ocenie nieznajomej Alicja i Brenda pomyliły się dwukrotnie. Po pierwsze: nie była ona krewną Pedra. Po drugie: chociaż wszystko - od zaciśniętych zębów, poprzez ramiona ciasno splecione na obfitej piersi, po stopę wystukującą nerwowy rytm - wskazywało, że przebywa w Kulawym Bocianie za karę, w rzeczywistości miała pewien cel...
Ludwika Wieczorek na imprezę zaręczynową trafiła właściwie przez przypadek. Nie była skoligacona ani z rodziną Miłoszewskich, ani Cieleszów, lecz od lat przyjaźniła się z Zytą Miłoszewską, cioteczną babką Ali, która mieszkała w wioseczce położonej kilkanaście kilometrów od Krakowa. Ten mały skrawek świata zapewniał jej wszystko, czego potrzebowała do codziennego szczęścia: kościół, przychodnię zdrowia, sklep spożywczy z ławeczką, na której mogła przysiąść, by odpocząć, domy gościnnych sąsiadek chętnie podejmujących kawą (oraz najświeższymi ploteczkami). Rzadko wyjeżdżała, a żeby być dosadniejszym - prawie nigdy! Jednak gdy Gertruda zadzwoniła do dawno niewidzianej krewnej i zaprosiła ją na przyjęcie zaręczynowe prawnuczki, Zyta znalazła się w niekomfortowym położeniu.
Od lat podziwiała Gertrudę. W jej oczach Miłoszewska była damą. Nosiła ładne sukienki, eleganckie kostiumy oraz pantofle na obcasie. Dobierała do nich kapelusze przystrojone kwiatami i koronkowe rękawiczki. Nigdy też nie wychodziła z domu bez torebki dopasowanej do koloru butów! Gertruda reprezentowała inny świat i Zyta zapragnęła się w tym świecie zanurzyć, chociaż na chwilę, dosłownie jeden wieczór! Skosztować wyrafinowanych przekąsek i szampana, beztrosko pogawędzić z krewną z Krakowa o dawnych czasach. Tylko jak miała spełnić to skryte marzenie? Podróż komunikacją publiczną przerastała jej możliwości. Nogi coraz częściej odmawiały jej posłuszeństwa, a w tych wszystkich pociągach, autobusach i taksówkach z pewnością zaraz by się pogubiła! Istniało również ryzyko, że ktoś ją w podróży okradnie lub, nie daj Boże, uprowadzi! Zyta w myśli żegnała się już z wymarzonym przyjęciem, ocierając łzy rozczarowania.
I wtedy pomyślała o Ludwice. Pani Wieczorek była jedyną z jej przyjaciółek, która posiadała prawo jazdy i samochód. Nic specjalnego, starego i mocno sfatygowanego renaulta, który przypadł jej w udziale po przedwcześnie zmarłym mężu. Wehikuł potwornie pierdział przy każdym uruchamianiu silnika, jego szyby otwierały się tylko do połowy, a siedzenia zalatywały siuśkami, gdyż kobieta najczęściej kursowała nim do gabinetu weterynaryjnego w pobliskim miasteczku. Zyta niechętnie wsiadała do auta przyjaciółki, jednak czy w tej sytuacji miała inne wyjście? Zwróciła się do niej o pomoc.
Początkowo Ludwika odmówiła. Kraków jest daleko, a ona ma przecież tyyyle na głowie! Zyta nie poddawała się: zamrugała małymi oczkami i uśmiechnęła się chytrze.
- Oczywiście czuj się zaproszona na to przyjęcie. Pomyśl, Wisiu, tam będą sami bogacze! Skosztujesz kanapeczek z łososiem, szampana, może nawet podadzą kawior... jak w telewizji! Druga taka okazja już się nie trafi!
Ludwika podumała chwilę i ku radości Zyty się zgodziła. Nie skusiły jej jednak kanapki z łososiem, wykwintne przekąski i bąbelki w kieliszku, jak sądziła Miłoszewska. O nie! Ludwika wykazała się znacznie większą długowzrocznością i dostrzegła na horyzoncie coś lepszego. Okazję, owszem, nie dla żołądka jednak, lecz dla... biznesu.
Kilka tygodni wcześniej Ludwika Wieczorek otworzyła własny pensjonat. Cóż, ta dość szumna nazwa nie do końca pasowała do dwóch pokoików upchniętych na dusznym i gorącym poddaszu jej niewielkiego domku pod lasem. Trzeba jednak przyznać, że kobieta urządziła wnętrza ze smakiem: powiesiła w oknach kwieciste zasłony, zapełniła sypialnie niezliczonymi dywanikami, wydzierganymi na szydełku kapami i kolorowymi poduszkami. W połączeniu z bukietami polnych kwiatów ułożonymi w wyszczerbionych dzbankach od dawno nieużywanych serwisów tworzyło to sielski, rustykalny klimat. Wprost wymarzone warunki do spokojnego odpoczynku na wsi.
Mimo to - nie wiedzieć czemu - pensjonariusze nie pchali się pod dach Ludwiki Wieczorek drzwiami i oknami, dlatego świeżo upieczona przedstawicielka branży turystycznej dwoiła się i troiła, aby to zmienić.
Zamieściła ogłoszenia w najpopularniejszych serwisach ogłoszeniowych. Okrasiła je dziesiątkami zdjęć domu i malowniczej okolicy. Wielokrotnie redagowała treść anonsów, wychwalając w nich świeże powietrze oraz miejscowe atrakcje. Na koniec uzupełniła ofertę o wyżywienie. Na myśl o przygotowywaniu domowych posiłków dla grona kompletnie obcych ludzi, spośród których prawdopodobnie każdy będzie lubił coś innego, robiło się jej słabo.
Mimo usilnych starań Ludwiki pensjonat Pod Lasem nadal świecił pustkami.
- Musisz zainwestować w reklamę! - poradziła życzliwa sąsiadka. - Do ludzi musisz dotrzeć!
Lecz ona skwitowała tę propozycję kwaśnym uśmiechem i parsknięciem. Nie stać jej było na takie fanaberie. Dotrzeć do ludzi, dobre sobie! Przecież to nie ona powinna dotrzeć do ludzi, ale ludzie do niej! Im szybciej, tym lepiej. Wszystkie z trudem uciułane oszczędności włożyła w remont poddasza. Jeśli ta inwestycja prędko nie zacznie się zwracać...
Ludwice na samą myśl ciemniało przed oczyma.
Wtedy właśnie pojawiła się Zyta z propozycją wyjazdu do Krakowa i kusiła niczym marchewką na kiju bogaczami chrupiącymi tartinki i zapijającymi je musującym szampanem. Przedsiębiorcza kobieta dostrzegła w przyjęciu zaręczynowym Alicji i Pedra swoją wielką szansę.
Zamożni mają pieniądze (a przynajmniej powinni je mieć) i nie wahają się wydawać ich na podróże czy inne przyjemności, rozmyślała Ludwika. A ci z miasta są zmęczeni brudem i gwarem metropolii, dlatego łakną kontaktu z naturą: chcą zobaczyć krowy pasące się na zielonych pastwiskach, złociste łany zbóż usiane czerwienią maków i szafirem bławatków, poczuć na języku słodycz śliwek węgierek zerwanych z przydrożnego drzewa, a na stopach wilgoć porannej rosy. Właśnie takich gości Ludwika chciała powitać w swoim domu!
Uzbrojona w ogromną determinację i dwie garście wizytówek wydrukowanych na tanim, śliskim papierze Ludwika Wieczorek przybyła tego wieczoru do Kulawego Bociana, by w gronie zaproszonych gości namierzyć potencjalnych pensjonariuszy. Ukryła się przy ścianie, odmawiała wszelkich przekąsek i szampana, a nawet bogato lukrowanego tortu zamówionego w najlepszej krakowskiej cukierni.
Po kilku godzinach obserwacji uśmiechnęła się z satysfakcją, gdyż znalazła odpowiednich klientów.
Musiała jedynie ruszyć do ataku.