ROZDZIAŁ 1ROBISZ TO NA ODWRÓT
Robisz to na odwrót.
Jeśli zachowujesz się jak większość ludzi, którzy próbują schudnąć, zrobiłeś to (lub starałeś się) przez przejście na dietę lub ćwiczenia fizyczne. To właśnie powinno się robić, jeśli chce się schudnąć, czyż nie? Tak mówią lekarze, tak mówią dietetycy, tak radzą książki.
Jeśli w taki sposób starałeś się schudnąć, może to zadziałało. Może nie. Być może stracone kilogramy powróciły. Bez względu na rezultat jest jedna rzecz, którą najprawdopodobniej dzielisz z innymi - przekonanie, że było to niezmiernie trudne.
Chudnięcie jest trudne. Albo trudny jest sposób, w jaki większość osób stara się schudnąć. Nawet diety, opisywane jako łatwe, są tak naprawdę niezwykle męczące. Czasami obietnica nowej diety motywuje przez jakiś czas. Możesz czuć się podekscytowany nowym planem przez tydzień lub dwa, ale w końcu przestaje to być nowością, a zmienia się w nużącą rutynę, natomiast ciało buntuje się przeciwko deprywacji i zmęczeniu. Diety zazwyczaj polegają na odmawianiu sobie tego, czego się chce, a im bardziej powtarzasz sobie, że nie wolno ci czegoś jeść, tym bardziej tego łakniesz. Bez względu na to czy dieta polega na unikaniu cukru, tłuszczu, chleba, mięsa, deserów, czy czegoś innego, trudno jest nie jeść tego, na co ma się ochotę. Jeśli dieta polega na liczeniu kalorii czy gramów tłuszczu lub węglowodanów, to nie dość, że nie jesz tego, co chcesz, to jeszcze musisz skupiać się na nieustannym mierzeniu spożycia tego wszystkiego, na co tak naprawdę nie masz ochoty. Ciężko jest też jeść mniejszą ilość niż ta, do której jest się przyzwyczajonym. Chcesz więcej jedzenia! Ciężko jest ćwiczyć, jeżeli nie ma się energii, nie jest się przyzwyczajonym i nie ma się z tego przyjemności. Może próbowałeś ćwiczeń, ale były zbyt nieprzyjemne, czasochłonne, męczące, powodowały ból, a nawet urazy.
W większości przypadków potrzeba jedzenia tych pokarmów, przez które, jak słyszysz, wpadłeś w kłopoty, jest zbyt silna. Pokusa opuszczenia ćwiczeń choć przez jeden dzień, a potem kolejny, staje się nie do odparcia. Zanim się zorientujesz, wracasz do starych nawyków, po czym waga skacze w górę, energia spada, a myśli tracą ostrość.
Może nawet znasz przyczynę tego stanu rzeczy: jesteś słaby, nie masz silnej woli, nie masz motywacji, jesteś genetycznie zaprogramowany, by być grubym i leniwym. Nie! Mówię ci, że żadna z tych rzeczy nie jest prawdą. Jeśli winisz samego siebie za porażkę w zrzucaniu wagi, to się mylisz.
Nikt nie lubi wlec za sobą zbędnych kilogramów. Nikt nie chce czuć się ciągle zmęczony. Nikt nie lubi uczucia otumanienia i nikt nie marzy o zwiększonym ryzyku chorób. Jednak jesteś w tej sytuacji - przeciwnej do tego, czego sobie życzysz. Jak to się stało? To nie dlatego, że jesteś słaby, czy brak ci motywacji. Przyczyna jest prosta: nie zdajesz sobie sprawy z mocy wpływu twoich pierwszych, codziennych wyborów dotyczących stylu życia na przyszłą zdolność dokonywania dobrych wyborów. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak jedzenie, które wybierasz, wpływa na twój mózg.
To, że diety i ćwiczenia sprawiają wrażenie kary, a czasami są niemożliwe do wykonania, ma swoją konkretną naukową przyczynę: wpadłeś w pułapkę. Mimo najlepszych intencji zostałeś zamknięty w biochemicznym więzieniu. Nieświadomie uzależniłeś się od rzeczy, które cię uwięziły, a teraz one stoją na straży twojego więzienia. Trzymają cię w łańcuchach i zmuszają do zachowywania się w sposób, który odpowiada im, a nie tobie.
Jest tylko jeden sposób na pokonanie biochemii - biochemią.
Pierwszą i najważniejszą rzeczą, jaką chciałabym przekazać każdej osobie z nadwagą, brzmi: nadwaga to kwestia biochemiczna, a nie wada charakteru. Moi pacjenci sami siebie strofują i przestają siebie lubić, nawet latami, bo twierdzą, że są zbyt "słabi", by schudnąć. Kiedy myślę o moich pacjentach, często jestem pod wrażeniem tego, jak radzą sobie z pozostałymi sferami życia. Wielu jest niezwykle inteligentnych, utalentowanych, zorganizowanych i ambitnych. Niektórzy mają stopnie naukowe w dziedzinach prawa, biznesu i medycyny. Mają trudne zawody, albo stworzyli prosperujące firmy od zera. Wspinają się po szczeblach kariery w wybranej dziedzinie. Ciężko pracują, tworzą coś, są wielofunkcyjnymi czarodziejami zdolnymi utrzymać całe rodziny. Z sukcesem ukończyli wiele wymagających projektów, są zmotywowani i samodzielni. Dlaczego więc utrata wagi jest dla nich czymś tak trudnym? Wyraźnie widać, że w innych dziedzinach życia nie brakuje im siły woli. Brakuje im tylko jednej prostej rzeczy - zrozumienia tego, w jaki sposób ich własna biochemia działa przeciwko nim.
To wspaniała wiadomość. Bez względu na to jak długo miałeś nadwagę, właściwymi biochemicznymi narzędziami możesz ją pokonać. Nie ma tu żadnej tajemnicy. To wyłącznie nauka. Nie musisz zmieniać swojej osobowości. Nie musisz nabierać nadludzkiej dyscypliny. Nie musisz nawet zmuszać samego siebie do rezygnacji z ciasteczek.
Jedyne co musisz zrobić, to zacząć przekierowywać własną biochemię, krok po kroku.
Wyobraź sobie, że chcesz zostać prawnikiem. Nie możesz po prostu wstać pewnego dnia i zdecydować, że jeśli masz wystarczająco silną wolę, to możesz zacząć pracować jako prawnik. Zamiast tego potrzebujesz właściwej edukacji i stopnia naukowego. Musisz zdobyć potrzebne narzędzia, by być przygotowanym i wykwalifikowanym, dopiero wtedy osiągniesz cel.
Proces utraty wagi polega na tym samym. Musisz mieć odpowiednie narzędzia, sama siła woli nie wystarczy. Przytycie jest osobistą porażką siły woli, tak samo jak niemożność zatrzymania kuli z pistoletu siłą woli. Nie da się tego zrobić. Kula jest zjawiskiem fizycznym, tak samo jak twoja waga. Nie zatrzymasz kuli samym myśleniem, musisz jej uniknąć. Jedzenie jest w zasadzie biochemiczną kulą, ale przy użyciu odpowiednich strategii, możesz jej uniknąć, nie rezygnując z jedzenia.
Strategia przemysłu spożywczego
Co jest źródłem tego biochemicznego więzienia? Musimy jeść, potrzebujemy jedzenia aby przetrwać. Jak to się stało, że życiodajne substancje zamieniły się w ściany celi? Niestety dużą częścią problemu jest jakość spożywanych pokarmów. To nie przypadek. Przemysł spożywczy doskonale zna zasady biochemii związane z wyborem jedzenia i przejadaniem się, ta wiedza leży w jego interesie. Łącząc sprytne techniki marketingowe z dogłębnymi badaniami na temat "punktu błogości", czyli takiego połączenia cukru, soli i/ lub tłuszczu, które ma najbardziej euforyczny efekt, producenci jedzenia stworzyli produkty, którym uzależnieni ludzie nie potrafią się oprzeć. Ciągle je jedzą i kupują coraz więcej.
Statystyki potwierdzają sukces przemysłu spożywczego. Według Departamentu Rolnictwa USA (USDA) przeciętna osoba spożywa rocznie 152.4 funty cukru i innych słodzików oraz 74.5 funtów dodanych tłuszczów i olejów w postaci sosów do sałatek, oleju do gotowania, tłuszczu do smażenia i masła. W rzeczy samej jemy więcej prawie wszystkiego o 19% więcej kalorii niż w 1983 roku, o 57 więcej funtów mięsa na osobę w porównaniu z latami 60. dwudziestego wieku (i o jedną trzecią mniej jajek), więcej sera (ale mniej mleka) i o 66% więcej tłuszczu niż w latach pięćdziesiątych. Jemy o 20% więcej owoców i warzyw (co jest dobre), i o 45% więcej zboża w porównaniu z latami 70., a o 39% więcej cukrów w porównaniu z latami 50. dwudziestego wieku [1]. Czy zgadniesz, ile z każdego twojego dolara trafia do rolników? Tylko 19 centów, a pozostałe 81 idzie na robociznę, pakowanie, transport, energię, zyski, marketing i inne wydatki przemysłu spożywczego.
Chodzi o to, że nasza wzrastająca konsumpcja, zwłaszcza taniego, uzależniającego jedzenia zawierającego mnóstwo wysoko przetworzonych cukrów i tłuszczów jest zyskowna dla przemysłu, ale nie dla nas. Badania opublikowane niedawno w Journal of the American Medical Association [2] ukazują związek między rosnącym spożyciem cukru przez Amerykanów a zwiększoną śmiertelnością z powodu chorób układu krążenia. Inne badania łączą rosnące spożycie cukru z epidemią otyłości [3] i dowodzą korelacji galopującego spożycia cukru z galopującymi statystykami otyłości [4]. Kolejne badania przedstawiły połączenie między jedzeniem fast foodów i tyciem (oraz innymi dolegliwościami, zwłaszcza związanymi z poziomem cukru i insuliny we krwi) [5]. To tylko wierzchołek góry lodowej. Cały dzień mogłabym cytować badania dowodzące wpływu uzależniającego jedzenia na naszą wagę i problemy zdrowotne.
Sedno problemu nie tkwi w tym, że dokonujesz złych wyborów, bo lubisz być otyły i chory. Problem w tym, że twoje tycie jest wynikiem celowej biochemicznej manipulacji składnikami pokarmów tak, by stworzyć produkty, którym ludzie nie mogą się oprzeć. Produkty najłatwiej dostępne i najtańsze w świecie zachodnim zostały celowo zaprojektowane tak, by konsument wracał po więcej. Naukowcy pracujący dla koncernów spożywczych dokładnie wiedzą, jak nas uzależnić. Przemysł spożywczy wie więcej niż konsument i korzysta z tej wiedzy tak, by skłonić ludzi do kupowania i jedzenia tego, co sprzedaje, bez względu na to, czy jest to odżywcze czy tuczące. Pewne potrawy, zwłaszcza przetworzone, czy dostępne w restauracjach, zawierają taki zestaw smaków i składników, któremu nie sposób się oprzeć. Te składniki uruchamiają te same części mózgu co uzależniające narkotyki. Kiedy znajdziesz się pod wpływem zaklęcia smacznego jedzenia, zorientujesz się, że jesz coraz więcej i więcej.
Te pokarmy tworzą sobie bastion w twoim organizmie i zmieniają jego biochemiczne działanie w taki sposób, że uzależniasz się od miłego uczucia towarzyszącego jedzeniu czekoladowych batoników, chipsów ziemniaczanych czy cheeseburgerów, a nawet tych "zdrowych" wegetariańskich burgerów na wielkich, puszystych bułkach, z dodatkowym awokado, frytkami i wegańską babeczką na deser. Po prostu przesadzasz i nie możesz nic na to poradzić. To doskonałe połączenie składników znajduje się w pizzy, makaronie z serem, a nawet w wielkiej sałatce szefa kuchni ze śmietankowym dressingiem. Te pokarmy, zwłaszcza jeśli są wysoko przetworzone i spożywane w pewnych kombinacjach, zwiększają ilość toksyn w ciele, wywołują zapalenie i zmieniają funkcje biochemiczne w taki sposób, że dokonywanie niezależnych i świadomych wyborów na temat jedzenia, staje się niebywale trudne. Nawet kiedy przechodzisz na dietę, to twoje ciało nieustannie woła o więcej. Więcej cukru! Więcej tłuszczu! Więcej soli! Wszystkiego ile się da! Żyjesz tylko raz!
Oczywiście, nie ma nic złego w naturalnym cukrze, naturalnym tłuszczu, czy nawet naturalnej soli. Owoce zawierają cukier, jak i błonnik i składniki odżywcze. Awokado są pełne zdrowego tłuszczu i składników odżywczych. Sól himalajska jest nieprzetworzona i zawiera minerały. Chodzi mi o sytuację, w której przetworzony cukier, tłuszcz i sól są dodawane do naturalnych pokarmów, by wytworzyć nadmiar składników, których nie posiadają te pokarmy same w sobie. To działa na mózg w konkretny sposób, który opiszę później. Na razie wyjaśnię tylko, że kiedy przyzwyczajamy się do bardzo słodkich pokarmów z dodatkiem przetworzonych słodzików, takich jak biały cukier, czy syrop fruktozowy, owoce przestają nam smakować. Kiedy przyzwyczajamy się do pokarmów zawierających dużo tłuszczu, czy smażonych, albo gotowanych przy użyciu tłuszczów rafinowanych możemy zacząć się zastanawiać nad usmażeniem awokado w głębokim tłuszczu (to naprawdę istnieje, widziałam w menu). Kiedy przyzwyczajamy się do bardzo słonych przekąsek, to zdrowe potrawy ze szczyptą soli morskiej już nie zaspokajają naszych zachcianek.
Problem w tym, że te sztuczne pokarmy nie zapewniają energii ani składników odżywczych, które powinny iść w parze z kaloriami. Zapewniają za to rzeczy, których wcale nie chcesz. Obok uzależniających dawek rafinowanego cukru, tłuszczu i soli, są w nich niebezpieczne dawki toksycznych substancji takich jak sztuczne konserwanty, barwniki, które wywołują zapalenie organizmu. Tu zaczyna się problem. To, co brałeś za zdrowe mrożone danie, ciekawą przekąskę, czy smaczny ekspresowy lunch wywołuje szkodliwe biologiczne procesy w twoim ciele. A chciałeś po prostu najeść się czymś łatwym i przyjemnym. Zanim się zorientujesz, jesteś uzależniony - od ekstremalnej słodyczy, ekstremalnego tłuszczu, ekstremalnej słoności i nic innego cię nie zaspokoi. Prawdziwe jedzenie cię nudzi, bo nie powoduje haju. Nic dziwnego, że nie możesz utrzymać tej diety, która tak cię podekscytowała w ubiegłym miesiącu. I tej jeszcze wcześniejszej. Twoje ciało jest zaprogramowane, by iść w złym kierunku.
Większość programów utraty wagi zakłada, że wprowadzisz drastyczne zmiany w ciele, które nie jest na nie gotowe. Jeśli twoje ciało jest w stanie zapalenia, to "po prostu jedz mniej i więcej się ruszaj" jest niemal niemożliwe do wykonania. Te programy zakładają, że pokonasz gigantyczne przeszkody uzależnienia od jedzenia i toksycznego zapalenia samą siłą woli. Dlatego właśnie większość diet nie działa na dłuższą metę. Chcesz tego dokonać, ale to jest po prostu zbyt trudne, po czym przepełnia cię poczucie winy i osobistej porażki. Twoje mniemanie o sobie się pogarsza i się poddajesz.
Mam wiele współczucia dla osób w tej sytuacji. Widziałam, jak moi pacjenci bezradnie walczą z wrogiem, który jest od nich większy i silniejszy. W naszej kulturze panuje wiele stereotypów na temat osób z nadwagą, jest też przekonanie, że mają słabą wolę, że są chciwe, żarłoczne lub pozbawione mocy umysłowych. Jest to niesprawiedliwe i nieprawdziwe. Wymaganie, by ktoś zmagający się z toksycznym zapaleniem "po prostu mniej jadł i więcej się ruszał"jest jak sugerowanie komuś ze złamaną nogą, by wziął udział w konkursie tańca, jak proszenie narkomana, by przestał brać narkotyki, albo poradzenie komuś w depresji klinicznej, by się otrząsnął. Nie walczysz z chęcią zjedzenia ciastka, walczysz z potężnymi wewnętrznymi biochemicznymi mocami. Twoje ciało opiera się przed zmniejszeniem ilości kalorii. Komórki tłuszczowe zamykają w sobie toksyny, by cię przed nimi ochronić. Dlatego właśnie toksyczne ciało przybiera na wadze. Zapalenie sprawia, że ćwiczenia fizyczne są bardziej bolesne. Twoje ciało jest w trybie paniki, stara się utrzymać chwiejną równowagę, by uporać się z atakiem otoczenia, jeśli nagle narzucisz mu sztywną dietę, wymagania okażą się po prostu zbyt wysokie. Co ma zrobić organizm, jeśli potrzeba będzie wyhodowania dodatkowych komórek tłuszczowych, by cię ochronić? Co jeśli spalenie tych komórek wyzwoli toksyny do ciała, a on nie wie, jak się ich pozbyć? Co jeśli nie zjesz tych pokarmów, których potrzebują bakterie układu pokarmowego? Twoje ciało zachowuje energię potrzebną, by poradzić sobie z tymi potencjalnymi zagrożeniami, co oznacza mniej energii na prowadzenie życia. Nawet jeśli wygrasz bitwę i zrzucisz trochę kilogramów, to bardzo możliwe, że przegrasz wojnę i je odzyskasz.
Zmiana wagi
Jaka jest droga ucieczki? Jak wydostać się z tego biochemicznego więzienia? Ja znam starożytne, tajemne przejście, ukryte drzwi, o których twoi strażnicy nie mają pojęcia. To tajemne przejście daje ci biochemiczną i psychologiczną przewagę. Ta droga ucieczki działa, bo przygotowuje twoje ciało tak, by dokonało przemiany stylu życia, przełamując cykl uzależnienia, zanim w ogóle zaczniesz wprowadzać zmiany, zanim spojrzysz na plan posiłków, czy przewodnik kalorii. Jeśli przygotujesz swoje ciało przez delikatne oczyszczenie ścieżek, którymi usuwa zanieczyszczenia, usuniesz nagromadzone toksyny i powoli zmienisz bakterie układu trawiennego, tak by wspierały cię w dokonywaniu dobrych wyborów. Odkryjesz, że łatwo jest wprowadzić zmiany. Utrata wagi, podniesienie poziomu energii i jasność myśli to coś, co zacznie się tobie przytrafiać, a nie będzie wynikiem wzmożonych starań. Będziesz miał wrażenie, że to dzieje się bez wysiłku, spontanicznie. Nie będziesz musiał polegać na niemożliwej sile woli, by zacząć zmieniać swoje życie.
Zanim zacznę ci sugerować, co powinieneś jeść, a czego unikać, twoje przygotowane ciało mnie wyprzedzi w dobrej ocenie. Zaczniesz się zmieniać. Zaczniesz się więcej ruszać, zaczniesz preferować pokarmy, które ci służą i pomagają w utrzymaniu zdrowej wagi. To nie poczucie winy skłoni cię do odrzucenia pizzy czy ciasteczka, po prostu nie będziesz chciał ich jeść i nie będziesz chciał jeść tyle, co przedtem. Zmienisz się, ponieważ sam będziesz tego chciał, a nie dlatego, że ja ci powiem, że musisz. To się dzieje, ponieważ kiedy oczyszczamy ciało z toksyn, mija zapalenie, a ciało delikatnie przechodzi do nowej, bardziej stabilnej równowagi, w której nareszcie będziesz mógł poczuć, czego pragnie twoje ciało, i po czym czuje się świetnie. Osiągniesz nie tylko mniejszą cyferkę na wadze, ale staniesz się nową osobą, pełną i wigoru, i energii, i siły życiowej, o jasnym i szybkim umyśle.
Celem tej książki jest przygotowanie twojego ciała i mózgu, by funkcjonowały na najwyższych obrotach zdrowia i dobrego samopoczucia. Zdrowy tryb życia jest wspaniały, a nie męczący, gdy twoje ciało jest do niego przygotowane. Jedyne co musisz zrobić, to wprowadzić kilka prostych zmian w harmonogramie odpowiednim dla obecnego stanu zdrowia i zanieczyszczenia toksynami (w rozdziale 6 znajduje się test, który pomoże ci ocenić, jak szybko powinieneś działać). Nie będziesz musiał się zmuszać do przestrzegania jakichkolwiek ograniczeń dietetycznych, ani rezygnować z jakiejkolwiek potrawy, czy to obiadowej, czy deseru, ani z żadnej grupy pokarmów. Nie musisz nawet zrezygnować z siedzącego trybu życia! W zaledwie kilka tygodni twoje ciało będzie jak nowe. Zdrowsze. Bystrzejsze. Szybsze. Oraz szczuplejsze. Bez użycia siły woli.
Ta książka to początek procesu edukacji. To twoja tarcza obronna, która pomoże ci się ochronić przed próbami manipulacji. Chcę wyrównać twoje pole manewru, bo jeśli jedzenie, które spożywasz, kontroluje twoją siłę woli (a jeśli masz nadwagę to najprawdopodobniej tak jest), to raczej nie podejmujesz niezależnych i prawdziwie świadomych wyborów w dziedzinie odżywiania. Kiedy odzyskasz kontrolę nad własną biochemią, odzyskasz kontrolę nad własnym zachowaniem. Odzyskasz własną moc.
Kiedy oddamy głos biochemicznej wolnej woli, te firmy, które teraz przede wszystkim zaspokajają nasze zapotrzebowanie, nawet jeśli pomogły je stworzyć, zaczną zmieniać swoje produkty. Na przykład Pepsi Co, Inc. wykupuje wiele firm produkujących zdrowe jedzenie. Walmart sprzedaje organiczne plony. W supermarketach pojawia się coraz więcej produktów, które kiedyś były dostępne tylko w niszowych sklepach ze zdrowym jedzeniem.
Jednakże żaden z tych pozytywnych trendów nie zadziała, jeśli ty sam się nie uwolnisz. To ty powinieneś kontrolować swoją biochemię, a nie międzynarodowe korporacje szukające sposobów na uzależnienie cię. Czas byś odzyskał swoje życie, swój apetyt, swój umysł i swoje ciało.
W tej książce rozwieję tajemnicę sposobu, w jaki jemy z biochemicznego, neurologicznego i ajurwedyjskiego punktu widzenia. Pomogę ci ocenić, czy podejmujesz decyzje oparte na wiedzy czy na reakcjach uzależnionych. Następnie pokażę ci, jak wydostać się z tego niezdrowego związku z jedzeniem.
A co z przemysłem spożywczym? Firmy mają genialny model biznesowy, nie można się z tym spierać. To iście amerykański sen - ktoś zakłada firmę i używa nauki, by pomnażać zyski w astronomiczny sposób, aż wszyscy udziałowcy stają się niesamowicie bogaci. Nasza kultura popiera takie zachowanie do chwili, gdy nie okaże się, że stajemy się jego nieświadomymi ofiarami. Ameryka ceni zyski, ale ceni też coś innego. Cenimy wolną wolę, a to jest właśnie to, co stracili ludzie żyjący i jedzący w dwudziestym pierwszym wieku.
Nie mam nic przeciwko temu, by firmy pomnażały zyski, ale nie zgadzam się na odebranie mi wolnej woli. Na szczęście możesz odzyskać jedzenie. Możesz zwalczyć biochemię biochemią. Kiedy już przełamiesz cykl uzależnienia, zaczniesz wybierać te pokarmy, po których czujesz się dobrze, a nie jesteś na haju. Skutki tego mogą zadziałać jak kropla drążąca skałę i ulepszyć świat. Kiedy wystarczająca ilość osób zacznie wybierać inne jedzenie, firmy spożywcze otrzymają jasną informację, że to one muszą się zmienić, zamiast zmieniać nas przy pomocy swoich manipulacji. Kiedy odzyskamy naszą biochemiczną wolną wolę, to będziemy mogli zagłosować dolarami na takie jedzenie, jakiego sobie życzymy.
Czy jesteś gotowy na to, by nie zaczynać już od tego co najtrudniejsze? Zacznij od tego co łatwe, a utrata wagi, moc umysłu i nieograniczona energia będą dostępne dla twojego ciała niemal bez wysiłku. Musisz się po prostu przygotować z Ajurwedyjskim detoksem.
Czym jest Ajurwedyjski detoks?
Jeśli Ajurwedyjski detoks nie opisuje tego, co można jeść, to co właściwie robi? Pozwól, że wyjaśnię to przy pomocy analogii. Lekarze często stosują leki na dolegliwości, które nie są opisane na etykietce danego leku. Czasami przez przypadek znajdujemy niezamierzone korzyści leków po latach zapisywania ich pacjentom i obserwowania rezultatów. Na przykład, lek na ataki epilepsji może zmniejszyć ból pleców. Antydepresant może przy okazji pomóc w leczeniu uzależnienia od nikotyny. Lek na ciśnienie krwi może mieć skutek uboczny w postaci leczenia drżenia.
To jest dokładnie to, co robię przy pomocy Ajurwedyjskiego detoksu. Program, który zapisywałam moim pacjentom, by zmniejszyć zapalenie i nasycenie toksynami i w ten sposób rozpocząć terapię ich problemów neurologicznych, miał nieoczekiwany skutek uboczny w postaci spontanicznej i czasami nawet dramatycznej utraty wagi. Czyli używam mojego programu holistycznej neurologii niezgodnie z etykietką - by pomóc ci schudnąć, nawet jeśli nie masz problemów neurologicznych. (A jeśli masz, to uporamy się z dwoma problemami przy pomocy jednej, skutecznej terapii). Ureguluj te mechanizmy, a problemy neurologiczne, jak i nadwaga same się uregulują.
Dlatego właśnie program ten nie jest tak naprawdę dietą. Nie jest też po prostu detoksem. Jest to subtelne ale skuteczne przywracanie równowagi organizmu, aby zmniejszyć zapalenie, oczyścić go z biochemicznych śmieci, odnowić zdrowe szczepy bakterii układu pokarmowego, naprawić trawienie i procesy biochemiczne, które uniemożliwiały twojemu ciału bycie w zdrowej, wolnej od chorób równowadze. Składanie biochemii ciała na nowo, to sposób na przygotowanie ciała do zdrowszego życia, ponieważ zaburzenia, których doświadczasz, uniemożliwiają ci praktykowanie zdrowych nawyków. Jak naprawisz te biochemiczne szkody, nie będzie ci po prostu łatwiej przyjąć zdrowych nawyków, będziesz czuł się wręcz zmuszony do ich przyjęcia. Dlatego właśnie utrata wagi odbywa się spontanicznie i praktycznie bez wysiłku.
Utrata wagi nie jest jedyną korzyścią, jakiej możesz się spodziewać po rozpoczęciu Ajurwedyjskiego detoksu. Zauważysz też poprawę samopoczucia i zwiększenie energii. Poza tym, jak mogłeś się spodziewać, widząc, że tę książkę napisał neurolog, najprawdopodobniej zauważysz znaczące zmniejszenie dolegliwości związanych z pracą mózgu: bólów głowy, uczucia otumanienia, problemów ze skupieniem się i pamięcią. Ajurwedyjski detoks nie dotyczy tylko zrzucenia wagi, ten program skłania cały organizm ku zdrowemu funkcjonowaniu, skupiając się na układach trawiennym i nerwowym (i ciekawymi, i złożonymi połączeniami między nimi).
Ajurwedyjski detoks podnosi świadomość ciała tak, że zaczniesz zauważać mniejsze i bardziej subtelne zmiany w sposobie czucia, myślenia i funkcjonowania w zależności od tego, co jesz. Kiedy to zacznie się dziać, możesz zauważyć, że to co jadłeś, robiłeś i myślałeś przedtem, przestanie ci odpowiadać. Być może zaczniesz chcieć czegoś innego, zdrowszego.
Moi pacjenci odczuwają to bardzo głęboko. W czasie stosowania mojego programu, najpierw cieszą się z pasujących ubrań i uczucia atrakcyjności, ale ta faza szybko mija. Wkrótce bardziej cieszy ich poprawa pamięci, rozjaśnienie umysłu, łatwość w podejmowaniu decyzji. Przestają tolerować rzeczy, które znosili przez całe życie. Oprócz tego, że czują się i wyglądają lepiej, zaczynają jaśniej widzieć własne życie i wprowadzać realne zmiany. Ograniczenia, w które kiedyś wierzyli, przestają istnieć. To jest dla mnie najbardziej ekscytujący moment, kiedy widzę pacjentów żyjących pełnią życia.
Innymi słowy - możesz stracić kilogramy, ale to co zyskasz, może okazać się jeszcze bardziej wartościowe: jasność umysłu, poprawa sprawności umysłowej, zwiększenie kreatywności, energii, a nawet radości. Jasne, miło jest zmieścić się w ubrania, których nie nosiliśmy przez lata, ale szczerze mówiąc, bardziej interesuje mnie optymalizacja ludzkiego potencjału.
Chcę, żeby bycie człowiekiem znowu dawało radość. Chcę, żebyś czuł się dobrze i odniósł sukces. Dla zbyt wielu osób życie, praca, a nawet jedzenie stały się opresją, ale życie jest opresją wtedy, gdy żyjemy w biochemicznym ścieku. Najwyższy czas wyrzucić śmieci.
W jaki sposób? Zrobimy dietę na odwrót.
Wróćmy do moich początków w klinice, kiedy odkryłam, że neurologiczny detoks i program przeciwzapalny mają efekt uboczy w postaci zmniejszania wagi i wyjaśnię, jak to działa. Odpowiedź stoi jedną nogą we współczesnej zachodniej medycynie, a drugą w starożytnej nauce ajurwedy.
Jak już wiesz ze Wstępu, otrzymałam edukację zarówno w dziedzinie konwencjonalnej neurologii, jak i w medycynie ajurwedyjskiej i używam obu systemów do leczenia pacjentów z problemami neurologicznymi. Terapia trawienia jest kluczowym elementem ajurwedy i ważnym aspektem mojego planu, ale w przeciwieństwie do znanych ci diet, ta nie rozpoczyna się od usprawniania trawienia przez zmiany w jadłospisie. Tak naprawdę to rzadko nawet o tym wspominam podczas pierwszych rozmów z pacjentami. Zamiast tego zaczynam od oceny poziomu toksyn i zapalenia, a od wyniku tej oceny zależy tempo działania. Jestem zwolenniczką powolnych zmian, bo uważam, że zmiany wprowadzane stopniowo i bez pośpiechu mają głębszy i bardziej trwały efekt. Niektórzy pacjenci nie wymagają poważnej detoksykacji, więc możemy przyjąć szybsze tempo. Kwestionariusz w rozdziale 6 pomoże ci ocenić, który z poniższych trybów powinieneś przyjąć:
- Tryb Szybki - po dwa tygodnie na każdy etap;
- Tryb Umiarkowany - po trzy tygodnie na każdy etap;
- Tryb Łagodny - po cztery tygodnie na przyzwyczajenie się do każdego z etapów, dla stabilnych, trwałych zmian w wadze i funkcjonowaniu mózgu.
Cztery etapy wyglądają następująco:
Etap Pierwszy: Aktywacja zmiany biochemicznej
Etap Pierwszy dodaje zaledwie cztery rzeczy do twojego rozkładu dnia, w celu wprowadzenia zmiany biochemicznej. Nie musisz z niczego rezygnować:
1. Codziennie rano zrób herbatę z ziaren kminu, kolendry i kopru i popijaj ją przez cały dzień. Te proste składniki wywierają głęboki, oczyszczający wpływ na organizm.
2. Co drugi dzień wymieszaj jedną łyżeczkę zmielonego siemienia lnianego i nasion babki płesznik z wodą o temperaturze pokojowej. Błonnik nie tylko sprzyja trawieniu, ułatwiając wypróżnianie, ale zabiera ze sobą dużo odpadów, ma też działanie przeciwzapalne.
3. Co noc bierz Triphalę. Nie obawiaj się, to nie jest nic dziwnego, to po prostu wysuszone i zmielone owoce: Amlaka, Bibhitaka i Haritaka. To powszechne składniki indyjskiej kuchni, wszyscy tam je jedzą.
4. Codziennie wyszoruj skórę na sucho, najlepiej przy pomocy rękawiczki z surowego jedwabiu (dokładniej to opiszę w rozdziale 6).
Etap Drugi: Zwalcz zachcianki (bez udziału silnej woli!)
W Etapie Drugim będziesz kontynuować nawyki z Etapu Pierwszego, ale poznasz też strategie zlikwidowania zachcianek, które sprawiają, że jesz to, czego wolałbyś unikać. Będziesz też dostrajać bakterie układu pokarmowego i nasycać ciało składnikami odżywczymi, które pomagają w detoksykacji:
1. Dodasz delikatne, ale potężne zioła Ashwagandhia, które zmniejszają łaknienie cukru i uczucie stresu.
2. Dodasz ziele zwane Brahmi, które znacząco wspomaga pracę mózgu, w celu odwrócenia neuroadaptacji do uzależniających składników jedzenia (temat neuroadaptacji omawiam dokładniej w rozdziale 3).
3. Zaczniesz robić i korzystać z Soku i Bulionu Ajurwedyjskiego detoksu nie po to, by zastąpić normalne posiłki, ale żeby wspomóc się w zwalczaniu zachcianek, kiedy cię zaatakują.
4. Zaczniesz prowadzić dziennik zachcianek. Obiecuję, że jest to proste i nie zajmuje dużo czasu, ale pomoże ci zrozumieć swoje myślenie na temat jedzenia.
Etap Trzeci: Rozpal energię i spal tłuszcz
Na tym etapie dodasz jeszcze kilka rzeczy, które naprawdę przygotują twoje ciało na spalenie tłuszczu i nabranie energii:
1. Spróbujesz guggulu, substancji zrobionej z żywicy drzewa mirry, jednego z najpotężniejszych detoksykantów, jaki znam. Twoje trawienie zacznie działać lepiej, niż kiedykolwiek sądziłeś, że to możliwe.
2. Dowiesz się, jak sporządzić domowy proszek curry i dodawać go do potraw, by spalać tłuszcz.
3. Przyrządzisz prosty napój z imbiru, soku cytrynowego i soli morskiej do stymulacji trawienia przed posiłkami (mam też kilka innych, mniej intensywnych wersji do wyboru). Opiszę dokładnie, kto powinien używać imbirowego płukania żołądka i jak często.
Etap Czwarty: Biohakowanie nawyków
Nawet teraz nie powiem ci, żebyś przestał jeść to, co uwielbiasz, chociaż na tym etapie możesz czuć już mniejsze upodobanie do tych potraw, które trzymały cię na uwięzi, zwłaszcza że zostałeś już biochemicznie uwolniony. W tym rozdziale pomogę ci zmienić niektóre rzeczy i wypróbować kilka strategii, które mogą znacząco zmienić to, jak się czujesz i jak żyjesz:
1. Zamień posiłki. Twoim najbardziej obfitym posiłkiem będzie teraz lunch. Mówię serio, przyzwyczaj się do tego, a podziękujesz mi za jakiś czas.
2. Unikaj surowych warzyw. To może się wydawać bez sensu, ale zaufaj mi. To najlepsza rzecz, jaką możesz zrobić dla swojego trawienia, w trakcie jego uzdrawiania (kiedy zagłębimy się w program, podam więcej szczegółów na temat tego, ile to może trwać w twojej sytuacji). Pij tylko ciepłe napoje. Zapomnij o lodowatej lemoniadzie, ogrzej ją. Pij wodę o temperaturze pokojowej. Łatwe, prawda?
3. Naucz się medytować w taki sposób, jaki ci odpowiada. Wpływ medytacji na stres, zachcianki i poprawę życia jest dobrze udokumentowany i głęboki.
4. Idź spać o 10 wieczorem! To może wydawać się niemożliwe, jeśli jesteś przyzwyczajony do siedzenia do późna, ale możesz stopniowo zmieniać godzinę snu, aż dotrzesz do celu. To najlepszy sposób na wykorzystanie naturalnych cykli naprawy i odmłodzenia organizmu.
To jest właśnie Ajurwedyjski detoks. Po zakończeniu czterech etapów możesz poczuć się jak zupełnie inna osoba - młodsza, szybsza, bystrzejsza, bardziej energetyczna, no i szczuplejsza. Dopiero wtedy dam ci parę porad dotyczących przemiany starych nawyków na nowe i lepsze - czyli jak gotować, jeść i ruszać się - dostosowane do twojego organizmu, o ile będziesz je chciał. Zawsze możesz iść parę kroków dalej, jeśli poczujesz taką potrzebę. Najlepsze w Ajurwedyjskim detoksie jest to, że daje ci świadomość ciała. Poczujesz, co ci szkodzi, a co służy. Będziesz wiedział, co twoje ciało naprawdę lubi, czego potrzebuje, na czym się najlepiej rozwija, a na czym nie. To jest prawdziwa wolność, jaką oferuje ci Ajurwedyjski detoks, a żyje się z nią naprawdę ciekawie.
WSTĘPDOJRZEWANIE NEUROLOGA
Mój dziadek był lekarzem w dużej społeczności w okolicy miasta Ludhijana w Indiach. Kochałam i podziwiałam mojego dziadka i już jako dziecko wiedziałam, że chcę pójść w jego ślady. Po udzielonym niedawno wywiadzie doznałam olśnienia - uprawiam medycynę w taki sam sposób jak on. Ale nie zawsze tak było.
Życie w Indiach w latach siedemdziesiątych wyglądało zupełnie inaczej niż we współczesnych Stanach Zjednoczonych. Będąc miejskim lekarzem, mój dziadek bardzo poważnie traktował swoją pozycję opiekuna społeczności. Między nim i pacjentami istniało partnerstwo. Kiedy ktoś się rozchorował i przychodził na wizytę do mojego dziadka, on już wiedział wiele na temat zdrowia, historii i życia pacjenta. Zazwyczaj znał też jego rodziców, dziadków i dzieci. Rozumiał ich życie. Stworzył kochającą więź ze społecznością, a ta więź pozwalała mu wpływać na zdrowie całej rodziny przez lata. Nie oferował usługi tylko uzdrawiający związek.
Jako dziecko byłam ulubienicą dziadka. Byłam jego pierwszą wnuczką i byliśmy mocno związani. Do moich czwartych urodzin opiekował się mną w ciągu dnia i zabierał mnie do pracy. Nadal mam przed oczami obrazy dziadka w jego małej przychodni, kiedy zajmował się pacjentami. Panowała tam atmosfera miłości i wsparcia. Bywał surowy, kiedy było trzeba, bo zależało mu na zdrowiu pacjentów, a oni nie zawsze słuchali zaleceń, ale jego surowość wynikała z miłości. Czasami ludzie mu płacili, a czasami nie mogli i to nigdy nie był problem. To ukształtowało moją wizję opieki lekarskiej bardziej niż wszystko, czego nauczyłam się na studiach.
Później przeprowadziliśmy się do Ameryki. Cierpiałam, kiedy musiałam opuścić dziadka, rodzinę i społeczność, która mnie wychowała, ale moi rodzice cieszyli się z nowych możliwości. Pragnęli spełnienia amerykańskiego snu i spodziewali się lepszego życia. W Indiach ludzie wyobrażają sobie Amerykę jako cudowną, ekscytującą i pełną możliwości, ale ja nadal pamiętam poczucie utraty korzeni.
Moi rodzice chcieli się dostosować. Zabrali mnie i moją siostrę na drugi brzeg oceanu i rozpoczęliśmy życie w południowej Kalifornii. Moja matka była terapeutką, a ojciec inżynierem elektrykiem. Mimo że moja rodzina odrzuciła część naszych zwyczajów (na przykład nasza tradycyjna hinduska rodzina złożona z rodziców, dziadków, wujów i ciotek była teraz rozdarta między dwoma kontynentami), nadal korzystaliśmy z medycyny ajurwedyjskiej. To nie było nic nadzwyczajnego, po prostu część stylu życia. Mimo że mój dziadek uczył się też medycyny zachodniej, w naszej kulturze łączy się "medycynę życia" z zachodnim leczeniem. Jeśli ktoś był bardzo chory, to dostawał lekarstwo, ale pierwszym krokiem zawsze była rada, co powinien zmienić w sposobie życia. Celem nie było faszerowanie nikogo lekami, tak jak jest teraz w USA. Po przeprowadzce nadal prowadziliśmy zdrowy styl życia, włączając w to sposób jedzenia.
Oczywiście, poznaliśmy parę amerykańskich dań, ale nasze codzienne posiłki miały korzenie w indyjskiej kuchni. Przyprawy, których używaliśmy, które teraz uznawane są za część ajurwedy, były dla nas częścią codziennych dań. Używaliśmy kurkumy, kminu, kolendry, kopru włoskiego, imbiru i owoców Amli. Nadal czasami czuję się dziwnie, gdy wypisuję "receptę" na coś, co znam z rodzinnego stołu. Wtedy nie wiedziałam, że jedząc te potrawy, zwalczaliśmy cukrzycę, raka i otyłość.
Z drobnymi dolegliwościami radziliśmy sobie również w ajurwedyjski sposób, choć wtedy nie wiedziałam, że tak to można nazwać. Na przykład, jeśli miałam zapalenie ucha, rodzice używali oleju czosnkowego, który był tak właściwie olejem sezamowym z ząbkami czosnku. Na zapalenie oskrzeli podawali nam kurkumę z miodem. To była pierwsza linia obrony, zanim pomyśleliśmy o antybiotykach. W dzieciństwie rzadko dostawałam antybiotyki, bo nasze domowe leki były tak skuteczne.
Kolejny ajurwedyjski koncept, jaki stosowaliśmy, to porcjowanie posiłków. Nasze obiady były duże, a kolacje maleńkie i nigdy nie jedliśmy po zachodzie słońca. To była po prostu część naszej kultury; coś, do czego byliśmy przyzwyczajeni.
Zauważyłam wyraźne różnice między amerykańskim i indyjskim jedzeniem. Jedna z najtrudniejszych do zaakceptowania dotyczyła mleka. W Indiach krowy mleczne traktowane są łagodnie, jak członkowie rodziny, przez co mleko smakuje zupełnie inaczej - jest słodkie. W Indiach uwielbiałam mleko i masło, ale w Stanach już nie, bo wydawały mi się gorzkie. Długo musiałam się przyzwyczajać. Nie wiem, czy to kwestia ich diety, czy tego jak są traktowane, ale wiem, że w Indiach krowy dają mleko dobrowolnie (to znaczy nie są hodowane jako krowy mleczne. Mieliśmy mleko tylko wtedy, kiedy krowa miała młode). Związek między ludźmi i zwierzętami jest łagodny i pełny współczucia. Dorastałam, czując to i doświadczając delikatnego oraz pełnego współczucia związku z samym jedzeniem.
Rzadko jadaliśmy desery. Ciasto pojawiało się na przyjęciach urodzinowych, ale poza tym, jedynymi słodyczami były owoce. Uwielbialiśmy owoce, pamiętam, jak ojciec przynosił do domu pudła pełne mango. To był nasz deser. Kiedy miałam siedem czy osiem lat, pozwalano mi na zjedzenie jednego łakocia na tydzień. Dostawałam go zawsze w piątek i zazwyczaj był to miniaturowy batonik, taki jak na Halloween. (W piątki oglądaliśmy też telewizję przez pół godziny, juppi!). Lubiliśmy słodycze, ale nie pragnęliśmy ich, bo trafiały się tak rzadko, że nie spodziewaliśmy się jeść ich codziennie, tak jak dzisiejsze dzieci.
Do dziś nie mam silnych zachcianek, podejrzewam, że to dlatego, gdyż nie wyrobiłam sobie neurologicznego przystosowania do cukru. Omówię to później bardziej szczegółowo, ale kiedy dopamina wyzwala się pod wpływem cukru, ta przyjemność zostaje skojarzona z pragnieniem bycie pod czyjąś opieką.
To doświadczenie w młodym wieku wywiera głęboki psychologiczny i biochemiczny wpływ, który może być bardzo trudny do zwalczenia w wieku dorosłym. Ta książka jednakże daje narzędzia do pokonania tego wpływu w o wiele prostszy sposób.
W wieku dziewięciu lat poznałam podstawowy element medycyny ajurwedyjskiej: medytację. Utrata rodzinnego wsparcia i społeczności, której doświadczyliśmy, była dla nas trudna. Moja matka przeszła od zajmowania się dwójką dzieci z pomocą ośmiu dorosłych, do zajmowania się nimi w pojedynkę. Kiedy zaczęła cierpieć na chorobę Hashimoto, atakującą tarczycę, wybrała się do endokrynologa, który powiedział, że dolegliwości związane są ze stresem, jakiemu jest poddana. Mimo że sam nie medytował, zalecił jej medytację transcendentalną. Zaczęła ją praktykować i po pół roku jej tarczyca była zupełnie zdrowa. Moja matka stwierdziła, że jeśli medytacja może uzdrowić tarczycę, to i dzieci powinny z niej skorzystać.
Wysłała nas do nauczyciela medytacji, którego do dziś wspominam z sympatią. Jego obecność promieniała miłością i wraz z siostrą zaczęłam medytować. W młodym wieku zauważyłam, że medytacja jest skuteczną metodą radzenia sobie z codziennym stresem. (Szerzej omówię ten temat w rozdziale dotyczącym neuroadaptacji, bo stres ma ogromny wpływ na nasze trawienie i to jak głęboko sięgają neurochemiczne zmiany powodowane przez jedzenie w naszych ciałach). Wierzę w to, że w połączeniu ze zmianą sposobu odżywiania, moja praktyka medytacyjna miała największy wpływ na to, jaką osobą jestem dziś.
Dzięki medytacji wiem, jak powrócić do siebie, nawet w bardzo stresującym otoczeniu. Dlatego tak bardzo cenię wpływ medytacji na umysł i ciało.
Mimo moich korzeni, amerykański sposób jedzenia musiał na mnie wpłynąć, nie jest żadnym zaskoczeniem fakt, że stało się to, gdy miałam kilkanaście lat. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zjadłam parówkę w cieście. Miałam wtedy trzynaście lat. Dostałam okropnego bólu brzucha, nudności i dziwnego uczucia umysłowego zamroczenia. Mimo to zaczęłam regularnie jeść przetworzone jedzenie, bo robili to moi znajomi. Nie dostrzegałam połączenia między problemami z żołądkiem a jedzeniem, w końcu byłam nastolatką! Wszyscy moi znajomi zatrzymywali się w restauracji z fast foodem w drodze ze szkoły i ja robiłam to samo, bo chciałam się dopasować do grupy. Teraz widzę, że coraz częstsze choroby nie były przypadkiem.
W liceum odczuwałam zmęczenie i miałam wzdęcia po jedzeniu. Na studiach zdiagnozowano u mnie zespół jelita drażliwego i zapisano Prozac, bo lekarz stwierdził, że przyczyną jest po prostu stres. Wiedziałam, że nie chodzi o stres ani depresję, więc nigdy nie zrealizowałam recepty. Lekarz nigdy nie wspomniał o moich zwyczajach żywieniowych. Przytyłam ponad cztery kilo i mimo że nadal byłam szczupła, to była to nieprzyjemna zmiana związana z typową studencką dietą.
Rozpoczęłam studia medyczne, a sytuacja się pogorszyła. To wtedy zaczęłam tracić łączność z podstawami zdrowego trybu życia, których nauczyli mnie rodzice. Przyczyną było połączenie czynników znanych każdemu studentowi medycyny. Po pierwsze, przez długie godziny nauki i pracy trudno było mi znaleźć czas, by o siebie zadbać. Nie miałam czasu na gotowanie, a nawet na sen. Cieszyłam się, gdy czasami znalazłam chwilę na kąpiel! Nadal medytowałam, ale nieregularnie. Po drugie, mimo że wkroczyłam do świata medycyny z całą tą pradawną wiedzą, zwłaszcza przekonaniem, że to co jemy i sposób, jak trawimy, są bezpośrednio połączone z tym, dlaczego chorujemy, wszystko czego uczyłam się na studiach, zaprzeczało tym przekonaniom. Uczono mnie, że nie chorujemy przez problemy z trawieniem, tylko przez drobnoustroje, które przedostają się do organizmu. Na początku często zadawałam pytania i dzieliłam się tym, czego nauczyłam się w młodości, ale wszystko co mówiłam, było odrzucane i krytykowane jako archaiczne albo prymitywne. Porzuciłam pradawną wiedzę na rzecz tego, co wydawało mi się być wyższym zrozumieniem ludzkiego ciała i jego działania.
W wieku dwudziestu lat nadal ważyłam zaledwie 52 kg, jak na wzrost 152 cm byłam dość chuda, ale nie czułam się dobrze. Potem, powoli i niemal niezauważalnie, moje szczupłe ciało zaczęło przybierać na wadze. Pamiętam uczucie ociężałości zarówno fizycznej, jak i umysłowej. Wcześniej zawsze dobrze radziłam sobie ze skomplikowanymi myślami, ale ta zdolność zaczęła zanikać. Ilekroć coś zjadłam, czułam senność. Gdyby ktoś mnie wtedy spytał, czy coś jest nie tak z moim trawieniem, powiedziałabym, że nie. Myliłam się. Dopiero kiedy zaczęły mi dokuczać ciężkie migreny, zrozumiałam, że dzieje się coś złego.
Ukończyłam rezydenturę na oddziale neurologii i zaczęłam własną praktykę, ale nie było mi łatwiej. Przejęłam gabinet innego lekarza, choć częściej zdarza się najpierw u kogoś pracować. Od samego początku pracowałam po piętnaście godzin dziennie.
Moje zdrowie odeszło na jeszcze dalszy plan. Nie miałam czasu się nim zająć, więc ignorowałam bóle głowy. Pogarszały się, a nadwaga rosła. Nie zwracałam wtedy uwagi na zbędne kilogramy, ale bóle głowy bardzo mnie osłabiały. Musiałam zacząć zażywać przepisane leki. Wcześniej tylko kilka razy w dzieciństwie zdarzyło mi się brać antybiotyki, poza tym używałam tylko leków dostępnych bez recepty i domowych sposobów.
To było oświecające doświadczenie. Ja, neurolog, który mógł wymienić wszystkie dostępne leki, ale nie poznał ich działania na własnej skórze. A były naprawdę straszne! Nie mogłam w to uwierzyć. Ledwo mogłam znieść efekty uboczne. I to przepisywałam swoim pacjentom? Po raz pierwszy zorientowałam się, jak fatalnie się czuli. Czytałam listy efektów ubocznych: tycie, nadmierne owłosienie na twarzy, zaburzenia pamięci, drżenie, nudności, biegunka i tak dalej. Już pierwsze dwa efekty wystarczyły, żeby mnie zaniepokoić: tycie i owłosienie na twarzy! Jeśli lekarstwo sprawia, że tyjesz, to oznacza, że jest toksyczne. Jednym ze sposobów organizmu na oczyszczenie się z toksyn jest umieszczanie ich w komórkach tłuszczowych, by ochronić przed nimi pozostałe organy. Zauważyłam, że ledwo mieszczę się w spodnie. Przerzuciłam się na jedyny lek na migrenę, który nie powoduje tycia, Topamax. Moi pacjenci nazywali go Tępomaxem i w końcu zrozumiałam dlaczego. Kiedy go używałam, nie mogłam przytomnie myśleć. Na studiach byłam prymuską, a nagle musiałam robić listy, bo zapominałam o podstawowych czynnościach. Nie mogłam tego znieść, po raz pierwszy w życiu czułam się głupia.
Zaczęłam być nerwowa, bałam się. Miałam trzydzieści parę lat, byłam za młoda na problemy z pamięcią. Zrozumiałam jednak, dlaczego moi pacjenci niektórzy w podobnym wieku - skarżyli się na to samo, czyli problemy z koncentracją i pamięcią, a nawet objawy demencji. Lek, który brałam, by pozbyć się migreny, powodował okropne bóle karku. Utknęłam, poczułam że mam dwa wyjścia; cierpieć na obezwładniające bóle głowy, albo cierpieć na obezwładniające bóle karku i utracić bystrość umysłu. Nie wiedziałam, co było gorsze, ale podejrzewałam, że ból głowy był mniejszym złem. Kiedyś patrzyłam na pacjentów i myślałam (lub nawet mówiłam): "musisz to znieść, mamy problem medyczny, musisz używać leków". Jednak, kiedy stajesz po drugiej stronie stetoskopu i nie wiesz, co jest gorsze, czy problem, czy lek, widzisz, że ze sposobem praktykowania medycyny jest coś nie tak.
W końcu opowiedziałam matce o mojej sytuacji, o tym, że miewam straszne bóle głowy, ale nie mogę znieść leków. Byłam tak zmęczona i otumaniona, że nawet nie mogłam pracować. Spytałam, co powinnam zrobić.
Oczywiście, miała pomysł. Przedstawiła mnie członkowi grupy ajurwedyjskich lekarzy, którzy podróżowali między Indiami i USA. Kiedy byłam młodsza, kilka razy zabrała mnie do praktyków ajurwedy, byłam nawet najmłodszą osobą w USA, która została poddana panchakarmie - tradycyjnej ajurwedyjskiej terapii. Czasami coś mi zapisywali, ale nie odgrywało to dużej roli w moim życiu, bo nie bywałam chora. Po raz pierwszy wybierałam się do nich z poważnym problemem. Poszłam więc na spotkanie. Doktor miał na sobie dhoti, czyli tradycyjny męski strój z Południowych Indii, składający się z długiego pasa białego materiału ze złotą i pomarańczową lamówką, owiniętego wokół dolnej połowy ciała jak spódnica. Pamiętam, że pomyślałam: "no nie, zaczyna się". Po studiach medycznych uznałam, że to wygląda po prostu dziwnie, starałam się nie przewracać oczami. Mimo że byłam Hinduską, mimo to jak zostałam wychowana, studia medyczne zaszczepiły we mnie opory i dawkę cynizmu dotyczącą sposobu praktykowania medycyny. Gdyby nie cierpienie, desperacja i problemy z przyjmowaniem leków, nie zdecydowałabym się na tę wizytę.
Na samym początku doktor kazał mi usiąść i zapytał o moje trawienie. To wydało mi się dziwne. Nie spytał nawet o moje migreny. Pomyślałam, że nie ma pojęcia, co robi. Nie miałam problemów z trawieniem, więc z pewnością skupiał się nie na tym, na czym powinien. Następnie przeprowadził krótkie ajurwedyjskie badanie. Obejrzał mój język i paznokcie, zmierzył tętno, po czym wydał opinię z silnym, południowoindyjskim akcentem:
- Jest pani bardzo chora.
- Nie, nie jestem - powiedziałam - po prostu mam bóle głowy. Myślałam, że trzeba mu o tym przypomnieć.
- Nie, ma pani kiepskie trawienie, z czego wynikają wszystkie problemy ze zdrowiem. Bóle głowy mogą być najbardziej zauważalne, ale jest pani na drodze do wielu problemów zdrowotnych. Mówił o potencjalnych chorobach w taki sposób, jakbym już na nie cierpiała. Dla niego wszystko było połączone, bo widział we mnie pierwsze etapy choroby, a pierwszym etapem jest zaburzenie trawienia. Zawsze.
- Czy miewa pani wzdęcia? - spytał.
- Tak, ale wszyscy je mają, to nic poważnego.
- Czy po jedzeniu czuje się pani zmęczona?
- Tak jak wszyscy.
Wreszcie przez kilka minut porozmawialiśmy o bólach głowy. Powiedział, że według niego miałam infekcję pasożytniczą. To mnie zaskoczyło, nie dość, że nie widziałam związku między bólem głowy a trawieniem, to nie podejrzewałam, że przyczyną mogą być pasożyty. Później zdiagnozowano u mnie infekcję ogoniastkiem jelitowym, którego pewnie złapałam w czasie podróży do Afryki, kiedy miałam dziewiętnaście lat. Nie tylko pasożyt mi szkodził, porzucenie zdrowych nawyków z dzieciństwa na rzecz szkodliwych niszczyło mi zdrowie.
Zaczął od zapisania mi kilku ziół. Jednym z nich była mieszanka Triphala, w której skład wchodziła jagoda, którą pamiętałam z dzieciństwa. Udzielił mi też paru podstawowych rad dotyczących diety. Pomyślałam, że łatwo będzie się do nich zastosować w końcu co miałam do stracenia?
W ciągu trzech miesięcy migreny zniknęły.
KRÓTKA HISTORIA AJURWEDY
Ajurweda znaczy "wiedza o życiu" albo "nauka o życiu" i jest to najstarszy system opieki zdrowotnej na świecie. Nie wiemy, skąd się wzięła, ale legenda mówi o tym, że bóg Brahma przekazał ją ludzkości ponad pięć tysięcy lat temu przez linię mędrców w starożytnych Indiach, którzy ją ulepszali przez wgląd uzyskany w czasie głębokiej medytacji. Ci mędrcy byli nie tylko świętymi ale tez lekarzami, a ajurweda jest kompletnym systemem zarządzania wszystkimi aspektami zarówno zdrowia, jak i duchowości, zawiera metody przedłużania życia, leczenia chorób, przeprowadzania operacji chirurgicznych, oczyszczania ciała oraz traktaty dotyczące dylematów etycznych i rozwoju duchowego.
Na początku nauki ajurwedy przekazywano ustnie, ale w końcu zostały zapisane, najpierw w Wedach będących jednym z czterech głównych tekstów hinduizmu (i jednym z najstarszych tekstów religijnych, najprawdopodobniej napisanym między 1500 i 1000 rokiem p.n.e.). Na początku medycynę i chirurgię ajurwedyjską stosowano osobno, ale z biegiem czasu oba systemy zostały połączone, jak widać w trzech głównych tekstach: Charaka Samhita, Sushruta Samhita i Ashtanga Hridaya Samhita, które mają najprawdopodobniej ponad 1200 lat. Opisują fizjologię, anatomię, choroby, leczenie (ziołowe i chirurgiczne), zalecenia, zapobieganie i przedłużanie życia. Podkategorie opisują medycynę wewnętrzną, leczenie uszu, nosa i gardła, toksykologię, pediatrię, chirurgię, psychiatrię, leczenie dolegliwości seksualnych i płodności, odmładzanie. To zdumiewająco kompletny system.
Co mamy o niej myśleć w czasach teraźniejszych? Czy ajurweda pochodzi z boskiego źródła? Nie możemy udowodnić, że tak było, ale nie możemy założyć, że nie ma naukowych podstaw. Wręcz przeciwnie - wraz z rozwojem nauki pojawiają się dowody potwierdzające wiedzę starożytnych mędrców oraz ich całkowity i zmieniający życie system utrzymania zdrowia, zapobiegania i leczenia chorób. Ajurweda ewoluuje, nie porzucając swojej pierwotnej wersji. W rzeczy samej, ważnym aspektem ajurwedy jest nieodrzucanie niczego, co mogłoby pomóc pacjentowi, więc nie opiera się ona przed skorzystaniem z nowoczesnej, zachodniej medycyny. Dlatego właśnie tak mi pomaga w mojej praktyce, pasuje do wszystkiego, co robię, nawet jeśli używam wiedzy zdobytej w czasie studiów medycznych, by pomóc pacjentom.
Innymi słowy - ajurweda pozostaje na czasie, a ja widzę jej głębokie efekty każdego dnia - zarówno wśród moich pacjentów, jak i u siebie samej i mojej rodziny. Uwielbiam ją, ponieważ łączy wszystkie aspekty osoby - fizyczne, emocjonalne, mentalne i duchowe, by leczyć ją w sposób, jaki współczesna nauka potwierdza jako skuteczny i oparty na naukowej prawdzie.
Byłam w szoku. Podczas moich studiów medycznych nie poświęcono nawet jednego dnia na zbadanie tego, czy można połączyć dolegliwości neurologiczne z żołądkiem. Odwiedziłam wielu lekarzy i stosowałam się do ich zaleceń, a nic mi nie pomagało. Rozwiązanie było jednak proste - napraw żołądek. Moje samopoczucie nie było trochę lepsze, byłam wolna od bólu głowy i efektów ubocznych.
Nie koniec na tym. W ciągu następnych sześciu do dziewięciu miesięcy nabrałam takiej jasności umysłu, że praca polegająca na przyjmowaniu pacjentów i poprawianiu działania gabinetu stała się łatwa i zajmowała o wiele mniej czasu niż wcześniejsze piętnaście godzin dziennie. Wcześniej kończyłam dzień pracy, bo rozwiązania napotkanych problemów były dla mnie oczywiste. Mój umysł przyspieszył, czułam jasność i ostrość myśli, energia powróciła. Wcześniej nigdy nie robiłam planów na wieczór, bo nie wiedziałam czy po 7 wieczorem nie padnę ze zmęczenia, ale i to się zmieniło. Znowu byłam sobą, czułam się jak przed rozpoczęciem studiów medycznych, to było ekscytujące.
Moi koledzy lekarze wiedzą, że ukończenie rezydentury wiąże się z poświęceniem części zdrowia i młodości. Wszyscy dowiedzieliśmy się, że utrzymanie potrzebnego poziomu energii wiązało się z używaniem kofeiny i stymulantów. To pierwsza lekcja studiów medycznych! A mimo to odzyskiwałam swoją młodość. Myśl, że wystarczą proste zmiany, w celu poprawy trawienia, by cofnąć zegar, była oświecająca. Poprawiła się nawet moja cera, była bardziej elastyczna, a pierwsze zmarszczki zaczęły znikać. To, co jak sądziłam, poświęciłam w czasie studiów, zaczęło do mnie wracać!
Następną zmianą, którą zauważyłam, było znikanie nadmiernych kilogramów. Stawałam się szczuplejsza i mniej obrzęknięta, ubrania zaczęły lepiej na mnie pasować. Zorientowałam się, że po raz pierwszy w życiu w czasie rezydentury zwiększyłam się o kilka rozmiarów. Byłam tak zajęta zdobywaniem profesji lekarza i radzeniem sobie z migrenami, że nawet tego nie zauważyłam. Zbędne cztery kilogramy zniknęły, gdy tylko poprawiło się moje trawienie.
Wtedy właśnie przeżyłam kryzys zawodowy.
Sposób, w jaki uprawiałam medycynę, zaczął mi się wydawać niewłaściwy. Przepisywałam leki, których same nie byłam w stanie brać. To było niewłaściwe nie tylko z punktu widzenia medycyny, ale i człowieczeństwa. Wiedziałam, że nie biorę odpowiedzialności za swoich pacjentów. Opatrywałam ich objawy zamiast je leczyć. Nie mogłam zapomnieć o moim dziadku. Co zrobiłby na moim miejscu?
Koledzy już uznawali moje wizyty u ajurwedyjskiego lekarza za nieco dziwaczne. Ostrzegali, bym nie zaprzepaściła obiecującej kariery. Mogłam być pionierem neurologii! Czekała mnie neurologiczna chwała! A jednak powoli zdawałam sobie sprawę z tego, że nie chcę być pionierką tylko normalną lekarką neurologii, która pomaga ludziom. Ilekroć pacjenci przychodzili z neurologicznymi problemami, zastanawiałam się, czy to nie problem z żołądkiem?
Było to, rzecz jasna, absolutną herezją.
Tradycyjnie neurologowie uczą się, że bariera krew-mózg izoluje mózg od reszty ciała. Uważa się, że mózg jest odporny na problemy biochemiczne, których może doświadczać reszta ciała. A jednak doświadczyłam na sobie, że zdrowie układu trawiennego jest połączone ze zdrowiem układu nerwowego. Dziś naukowcy w końcu odkrywają dowody na to, że tak jest w istocie. Coraz lepiej poznajemy połączenie między mózgiem i układem trawiennym i moc wpływu jego bakterii na układ nerwowy (włączając w to fakt, że produkują większą część serotoniny) i złożoną sieć neuronów znajdujących się w układzie pokarmowym, która skłoniła wielu badaczy do nazwania brzucha "drugim mózgiem". W czasie kiedy przeżywałam mój kryzys zawodowy, była to idea nie do zaakceptowania.
Mimo to, kiedy lekarze ajurwedyjscy, których odwiedzałam, przyjechali do USA, zabrałam do nich moich najbardziej chorych pacjentów. Były to osoby cierpiące na stwardnienie rozsiane (MS) i chorobę Parkinsona. Brałam udział w wizytach, żeby dowiedzieć się, jak zbadają moich pacjentów. Nie wiedziałam wtedy, jak sama mogę stać się lekarką ajurwedyjską, ale byłam ciekawa, co powiedzą. Oczywiście zawsze zaczynali konsultację od pytań o trawienie i żołądek, a poprawa trawienia była zawsze pierwszym zaleceniem. Widziałam, jak pacjenci ze stwardnieniem rozsianym mieli coraz mniej rzutów i jak przestawali brać leki przepisane na mnóstwo objawów MS, jak i leki przepisane na łagodzenie skutków ubocznych innych leków. Nie potrzebowali już lekarstw na zmęczenie, zaparcie, depresję i dolegliwości układu moczowego. Pacjenci z chorobą Parkinsona też mogli zmniejszyć ilość przyjmowanych leków. Ci, którzy mieli wcześniej problemy z chodzeniem, nagle mogli zapisać się na lekcje tańca, wielu nawet zaczęło się na nowo uśmiechać po tym, jak przebieg choroby odebrał im tę zdolność, zamieniając tym samym twarz w "maskę".
W którymś momencie, wraz z coraz większą liczbą pacjentów, których zabierałam na ajurwedyjską konsultację, stało się to trudne w organizacji. Chciałam, by wszyscy moi pacjenci mogli skorzystać z tej wiedzy, ale nie było na to dość czasu ani możliwości. Wtedy właśnie zorientowałam się, że potrzebny mi trening. Skontaktowałam się z grupą, która prowadziła badania na temat medycyny stylu życia, ufundowane przez Krajowy Instytut Zdrowia. Wiedziałam, że kiedyś uczyli ajurwedyjskich lekarzy, ale nie robili tego od piętnastu lat. Powiedziałam im, że potrzebuję szkolenia, ale byli zbyt zajęci prowadzeniem badań. Spierałam się z nimi i mówiłam, że potrzebuję szkolenia przeprowadzonego przez lekarzy, którzy rozumieli zachodnią medycynę, a nie kogoś z Indii. Jeśli by mnie nauczyli, mogłabym stać się pomostem między ajurwedą a zachodnią medycyną, sama nie mogłam dokonać tego połączenia.
Wydaje mi się, że zmęczyło ich moje naleganie i zgodzili się zorganizować kurs u praktykujących lekarzy z San Diego. Kursantów było czworo, włącznie ze mną. Po zakończeniu wróciłam do swojej praktyki przekonana, że pacjentom trudno będzie zaakceptować zmianę mojego celu. Myliłam się, było wręcz przeciwnie. Po czterech miesiącach niemal cała moja praktyka polegała na integracji tradycyjnej neurologii z medycyną ajurwedyjską. Pacjenci tego potrzebowali, to nie oni byli przeszkodą na drodze do nowego sposobu praktyki, tylko ja. Odkryłam, że wielu pacjentów już próbowało alternatywnych terapii i strategii, ale bali się mi o tym powiedzieć. Poczuli ulgę, że w końcu mają lekarza, który chce im towarzyszyć na drodze do zdrowia.
Moja praktyka uległa zmianie. Zaczynałam każdą wizytę szczegółowym, trzy stronicowym kwestionariuszem dla każdego pacjenta. Inaczej patrzyłam na pacjentów - nie tylko na ich objawy, ale na całe życie. Stopniowo, wraz z przemianą praktyki, zaczynałam spotykać się z członkami rodziny moich pacjentów. W wielu aspektach byłam nie tylko neurologiem i lekarzem ajurwedyjskim, ale i lekarzem rodzinnym.
Mniej więcej w tym czasie stałam się obiektem interwencji. Grupa lekarzy, z którymi pracowałam, zabrała mnie na kolację. Zaczęli mówić: "Myślimy, że marnujesz swoją karierę", "Jesteś młodym, bystrym neurologiem, a uprawiasz voodoo", "Popatrz na to z finansowego punktu widzenia, nawet jeśli twoi pacjenci wyzdrowieją, to zbankrutujesz, bo nie będziesz już miała pacjentów".
Pamiętam, że starałam się nie spanikować w tej restauracji. Czy oni naprawdę sugerowali, że nie powinnam leczyć pacjentów? Jednocześnie śmiałam się wewnątrz, bo zrobiono mi interwencję za to, że uzdrawiałam ludzi! Wtedy właśnie zrozumiałam - głębiej, niż kiedykolwiek przedtem - jak bardzo współczesna medycyna zeszła na manowce. Po pierwsze, pomaganie ludziom, by zmienić ich niezdrowe przyzwyczajenia, zostało uznane za nieważne w medycznej praktyce po drugie, leczenie ludzi okazało się złe dla interesów. Ci wszyscy lekarze chcieli dobrze, przemawiało przez nich to, czym stała się kultura medycyny. Nie muszę chyba wspomnieć, że nie skorzystałam z ich rad.
Jestem wdzięczna za to, że przytrafiły mi się te poważne migreny. Gdybym nie doświadczyła, jak ciężko jest być pacjentem i nie spróbowała trudnych do zniesienia leków, być może nie otrzymałabym inspiracji, by robić to, co robię dziś. Miałam świetny start w życiu, ale moja historia pokazuje, jak szybko nawet zdrowa osoba może zejść ze swojego toru. Tak łatwo zdrowie może zostać naruszone przez nawyki współczesnego życia.
A co z moimi studiami? Teraz już wiem, które terapie są "prymitywne". Studia medyczne to rodzaj prania mózgu. Student za mało śpi i jest poddawany nieustannej presji, by nie myśleć samodzielnie. Zadawanie pytań nie jest mile widziane. Nie można nawet zapytać, dlaczego ktoś jest chory. Szkoły medyczne uczą, jak opisać chorobę i zaburzenia biochemiczne i tego, czego używają farmaceuci, by te zaburzenia zniwelować, ale zapytanie dlaczego w ogóle ktoś się rozchorował, uznawane jest za naiwne i głupie. Czy to nie powinno być naszym zadaniem jako lekarzy? Pytać dlaczego? Dokopać się do przyczyn? W końcu zorientowałam się, że nie mamy zadawać pytań, bo nasi profesorowie i lekarze po prostu nie znają odpowiedzi. O wiele łatwiej jest powiedzieć "nie zadawaj pytań", niż "nie wiem".
Na studiach dobrze sobie radziłam. Ukończyłam je z wynikiem znajdującym się w najwyższym procencie absolwentów (według Honorowego Stowarzyszenia Alfa Omega Alfa, Phi Beta Kappa uniwersytetów medycznych), ale część mnie zaczęła umierać w czasie studiów. Nie byłam już ciekawa świata, kreatywna i po raz pierwszy w życiu nie dbałam o siebie. Wszyscy wokół mnie byli mniej zdrowi po ukończeniu studiów, więc nie widziałam w tym nic niezwykłego, dopóki się nad tym nie zastanowiłam. Wszyscy moi koledzy czuli, że szybciej się starzeją, wszyscy przybierali na wadze i nikt nie czuł się dobrze po jedzeniu. Tak wyglądało życie na studiach medycznych. To jest życie w naszym rozpędzonym świecie.
Jednak to nie jest życie.
Wybrałam inną ścieżkę i poświęciłam następną dekadę na stworzenie nowego sposobu praktykowania medycyny. Opracowałam program, który na początku miał na celu leczenie neurologiczne, który nie przypomina ani tradycyjnej neurologii, ani ajurwedy. Łączy w sobie to co najlepsze w obu dziedzinach. Zaczęłam od sposobów detoksykacji ciała i zmniejszania zapalenia całego organizmu, zanim nawet poprosiłam pacjentów o zmiany w diecie. Zrobiłam tak, bo wiem, jak trudno jest ludziom zmieniać przyzwyczajenia. Zobaczyłam, jak biochemia pacjentów dyktuje to, co jedzą, a nawet to jak myślą. Kontrolowałam ich wybory i sposób życia. Musiałam uwolnić ich z biochemicznego więzienia, żeby mogli podejmować właściwe wybory. W miarę oczyszczania organizmu, pacjenci naturalnie zaczynali podejmować właściwe decyzje, o które mogłam ich poprosić na samym początku. Często mówią mi rzeczy takie jak: "nie wiem, gdzie podziało się moje łaknienie cukru": czy "nie mogę już jeść tak wielkich porcji jak kiedyś", albo "to śmieciowe jedzenie, które kiedyś uwielbiałem, w ogóle nie wydaje mi się apetyczne, jakie to dziwne!".
Zaczynali też tracić na wadze. Na początku nie zwracałam na to uwagi. Byłam tak zaaferowana usprawnianiem funkcji mózgu i zatrzymywaniem rozwoju chorób neurologicznych, czy innych, że utarta wagi wydała mi się mało znacząca. Oczywiście było to dobre i prawdopodobnie bardzo korzystne dla pacjentów, ale nie o to chodziło. Byłam bardziej zainteresowana zwalczaniem zagrażających życiu chorób. Jednakże wkrótce zauważyłam, że po kilku tygodniach terapii neurologicznej, wielu otyłych pacjentów wspominało "a tak przy okazji, chudnę, dzięki!". Tak właściwie, to niemal każdy pacjent z nadwagą powiedział, że owszem zrzuca kilogramy. Zwierzali się: "Pani doktor Chaudhary, muszę pani podziękować, straciłam 8 kilo ", albo "zrzuciłem 15 kilo, a w ogóle się o to nie starałem".
To nie mógł być zbieg okoliczności. Ta intrygująca i spontaniczna utrata wagi musiała być związana z moim neurologicznym detoksem. Zaczęłam śledzić utratę wagi pacjentów w bardziej systematyczny sposób i zobaczyłam, że z tych pacjentów, którzy mieli zbędne kilogramy, niektórzy zrzucili mniej, inni więcej. Kilku straciło czterdzieści albo i więcej kilo, ale przeciętnie było to między dziesięć a piętnaście kilo w czasie trzymiesięcznej terapii. Wielu pacjentów zmagało się z nadwagą przez dziesiątki lat i nagle ich BMI (indeks masy ciała) okazywało się normalne. W wielu przypadkach była to waga, którą bezskutecznie starali się zrzucić przez wiele lat.
Utrata wagi nigdy nie była czymś, czego się spodziewałam. Jestem neurologiem, a nie specjalistą od wagi. Nie interesują mnie kalorie i nigdy nie prosiłam żadnego z pacjentów, żeby je liczył. Nigdy nie pomyślałam o tym, że sposób, w jaki leczę objawy neurologiczne, może mieć cokolwiek wspólnego z leczeniem nadwagi, dopóki nie zobaczyłam tego na własne oczy. To było niezaprzeczalne. Widziałam znaczące i spontaniczne zmniejszenie masy ciała, wraz z poprawą poziomu cholesterolu, ciśnienia krwi, poziomu cukru we krwi i oczywiście objawów neurologicznych. Moi pacjenci byli szczuplejsi, bardziej energiczni, czuli mniej bólu i mówili, że myślą szybciej i jaśniej. Zmniejszyła się ilość objawów takich jak problemy z pamięcią, uczucie otępienia, bóle stawów i zaburzenia snu, wyglądali na zdrowszych i tacy byli.
Dopiero kiedy producent programu The Dr. Oz Show zapytał, czy mam skuteczną metodę odchudzania, nagle zorientowałam się, że mam. Moja metoda polegała na tym, co zalecałam wszystkim pacjentom, ale z innego powodu. To program oczyszczania ciała z toksyn i zapalenia, a w czasie stosowania oczyszcza się też umysł i znikają zbędne kilogramy.
To zabawne, że po dziesięciu latach widzę, jak wszystko to, za co krytykowała mnie społeczność lekarzy, staje się ogólnie przyjęte, a badania kliniczne w końcu potwierdzają to, co lekarze ajurwedyjscy mówili od pięciu tysięcy lat. Nawet przyprawy, które pamiętam z indyjskiej kuchni mojej matki, okazują się być obiecujące w dziedzinie zwalczania problemów medycznych, wzmacniania odporności, zmniejszania zapaleń i nadmiernej wagi. Okrywamy połączenia między mózgiem i resztą ciała. Odkrywamy moc zmieniania przyzwyczajeń. Zataczamy pełny krąg.
Nie powiem "a nie mówiłam" dawnym kolegom, tylko nadal będę uprawiać swoją wyjątkową formę medycyny. Lekarze ajurwedyjscy wiedzą, że stosowanie wielu sposobów ma większą moc, niż stosowanie jednego i na tym właśnie oparłam swój program. Teraz tradycyjni lekarze przychodzą do mnie na konsultacje, albo przysyłają do mnie swoich pacjentów. Mimo że czasami mówią, że nie rozumieją, dlaczego to co robię, działa, przyznają, że owszem tak jest. Neurochirurdzy mówią czasami: "Nie wiem, co robisz, ale twoi pacjenci o wiele szybciej dochodzą do siebie po zabiegu niż inni".
Nigdy nie szukałam takiej sławy, jaką otrzymałam, będąc regularnym gościem w programie The Dr. Oz Show, czy gdy zostałam uznana za jednego z najlepszych lekarzy w San Diego. Szczerze mówiąc, nie jest mi potrzebna. Przydaje się tylko do tego, bym mogła pomóc większej ilości osób. Teraz do mojej kalifornijskiej kliniki przyjeżdżają pacjenci z Teksasu, Nowego Jorku, Oklahomy, Massachusetts, Meksyku czy nawet Anglii, bo nigdzie indziej nie mogą otrzymać tego, co ja zapewniam. Zapotrzebowanie jest zbyt duże, bym mogła sobie z nim poradzić, mam nadzieję, że ta książka przyda się tym osobom, których nie mogę spotkać osobiście. Zawiera program, który robię niemal z każdym pacjentem. Jest to potężny początek dla każdego, kto spróbuje.
To właśnie moje celowe odejście od medycyny konwencjonalnej sprawiło, że wróciłam do własnych korzeni, co przyniosło mi sławę, której nigdy bym się nie spodziewała. Często udzielam wywiadów, a dziennikarze i lekarze pytają mnie, "jak możemy zmienić medycynę?". Zdaję sobie sprawę z tego, jakie to proste i czasochłonne zarazem. Przemiana medycyny opiera się na zmianie percepcji. Chodzi o dbanie o swoją małą wioskę, o dostrzeganie nie ciała, a życia. Gdyby każdy lekarz poradził każdemu pacjentowi, by ten (1) celowo zmniejszył poziom stresu (to też rada dla lekarzy!), (2) pił więcej wody a mniej napojów gazowanych oraz (3) wypróżniał się raz dziennie, to już zmieniłoby to świat. Kiedy stałam się takim lekarzem, stałam się też lepszym człowiekiem. Jestem bardziej łagodna, współczująca, mądrzejsza i bardziej kochająca. Myślę, że jedną z największych ofiar współczesnej medycyny jest utrata uzdrawiającego serca lekarza. Ludzie nawet nie wiedzą, że lekarze są ofiarami współczesnej medycyny. Ja już nie jestem jej ofiarą, dostałam możliwość odnalezienia siebie.
Moja podróż nie była ezoteryczna, czy eteryczna, nie zdarzały mi się rozmowy z aniołami, ani nic niesamowitego czy nadprzyrodzonego. Wszystko zaczęło się w najprostszy z możliwych sposobów - od mojego żołądka. Największą wdzięcznością napawa mnie fakt, że biorę odpowiedzialność za moich pacjentów, tak jak robił to mój dziadek. Teraz i ty jesteś moim pacjentem.
Mój dziadek dożył wieku 104 lat i przez całe życie był członkiem społeczności. Każdy dzień w Ljudhanie za jego życia był wypełniony opieką na bardzo głębokim poziomie ludzkiego doświadczenia. Staram się to powtórzyć w moim codziennym życiu i w tym, jak praktykuje medycynę. Odbudowuję wioskę, którą straciłam. W końcu jestem w domu.