ROZDZIAŁ 1
Mikułowice - powiat opatowski, 1940
Alojzy Boczarek, człowiek sędziwego wieku, uniósł głowę i spojrzał na słońce, które od samego rana dumnie panoszyło się po niebie.
- To będzie ładny dzień, Kasztanku! - oznajmił, zsiadając ostrożnie z wozu. - Postój sobie spokojnie w cieniu, a ja raz-dwa załatwię, co mam do załatwienia.
Koń w odpowiedzi zamlaskał, próbując poprawić denerwującą go uzdę.
Alojzy zawiązał wytarte skórzane lejce, po czym sięgnął po laskę. Podparłszy się na niej, ruszył przed siebie.
Ku swej uciesze na rynku w Wojciechowicach przyuważył sporo znajomych twarzy. Będzie miał okazję trochę poplotkować, a i może uda się ubić jakiś interes! Z uśmiechem na ustach - otoczonych mnóstwem głębokich zmarszczek - dalej podążał chodnikiem do celu. Wtem zza rogu kamienicy wyszli dwaj patrolujący okolicę esesmani. Widok umundurowanych Niemców zawsze go niepokoił i przyprawiał o nieprzyjemnie przyspieszone bicie serca. Ci młodzi, przystojni szeregowi kroczyli wprost na Alojzego. Zszedł im z drogi i posłusznie ukłonił się nisko, choć wiedział, że nie powinien był tego zrobić w tak ostentacyjny sposób - partyzanci zapewne każdego bacznie obserwują. Esesmani, gawędząc między sobą, nie zwrócili najmniejszej uwagi na starca, który całkiem przypadkiem wyłapał z ich wymiany zdań słowa o dworku w Mikułowicach. Od razu skojarzył fakty: rzecz mogła tyczyć się wyłącznie dworku państwa Tyszkiewiczów, a co za tym idzie - również i jego samego, pracował tam bowiem od trzech dekad. Pomagał w gospodarstwie, doglądał trzody, pilnował posiadłości... Z biegiem lat stał się bliskim przyjacielem gospodarza, Stanisława Tyszkiewicza, który zmarł trzy lata temu. Ostatnią wolą Stanisława było, aby Alojzy pozostał we dworku i nadal dbał o majątek, jak czynił to do tej pory. I tak - za sprawą obietnicy złożonej przyjacielowi na łożu śmierci - staruszek wypełniał swe obowiązki po dziś dzień. To oczywiste, że musiał zaryzykować i podsłuchać dalszą część rozmowy esesmanów. Zawrócił więc i poszedł kawałek za nimi. Zbladł, gdy jego uszu dobiegła informacja o wysiedleniu mieszkańców! Na ich miejscu miała osiąść niemiecka rodzina!
- Boże drogi... - wyszeptał.
Prędko wrócił do swego konia i wozu. Nie szczędząc zwierzęcia, popędził na skróty polną dróżką prosto do Mikułowic.
- Mamo! Musisz to zrobić! Nie słyszałaś, co powiedział Alojzy? Niemcy już tu jadą! - Dziewczyna złapała się za głowę, wsuwając palce w ciemne włosy.
- Nie, Julianno! - wrzasnęła. - Nigdzie się nie wybieram!
- To tylko dom!
- Jak śmiesz tak mówić?! - ofukała ją matka. - Ten dworek należy do rodziny od tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego piątego! Nie pozwolę, żeby jakaś hołota zalęgła się w tych murach!
Julianna przyglądała się roztrzęsionej matce, Zofii Tyszkiewicz. Wiedziała, że uwielbia być w centrum uwagi, ale jej iście aktorska gra nie przestawała zdumiewać córki. Delikatne matczyne dłonie dygotały jak galareta, a idealnie upięty, sztywny na co dzień kok - przekrzywił się lekko.
- Przecież wiesz, na co stać Niemców! Mogą nas zabić!
- Wolę umrzeć niż oddać majątek bez walki! - Zofia tupnęła, jak mają w zwyczaju robić małe dzieci. - Co się tak gapisz? Uciekaj sama, jeśli chcesz!
Julianna zwiesiła ręce. Już miała dać za wygraną, gdy rozległ się trzask otwartych gwałtownie drzwi.
- Jadą! Jadą! - krzyczała od progu Bogumiła, gosposia.
Julianna podbiegła do okna i stanęła ramię w ramię z Zofią. Na wyżwirowaną dróżkę prowadzącą do samego dworku Tyszkiewiczów wjechały trzy czarne samochody. Po paru sekundach korowód ten zamknęła ciężarówka. W tym samym momencie do salonu od strony kuchni wszedł zaprzyjaźniony starzec.
- Alojzy, oni już tu są... - wymamrotała łamiącym się głosem.
- Minęło zaledwie parę minut... Czemu Bóg nas nie ostrzegł wcześniej?
- Wyjdźmy im na powitanie - rzekła butnie Zofia. - Przecież jestem panią tego domu!
Nie czekając na niczyją reakcję, ruszyła do drzwi. Z wysoko uniesioną głową wyminęła wystraszoną Bogumiłę, która trzymała dłonie na sercu
- Mamo! Uspokój się!
Lecz Zofia nie zamierzała się zatrzymywać. Julianna pokręciła głową z bezradności. Nie pozostało jej nic innego, jak przyłączyć się do matki. Wierni Alojzy i Bogumiła uczynili to samo.
Wszyscy czworo stanęli na szczycie schodów werandy wiodącej do posiadłości. W milczeniu, z urywanymi oddechami obserwowali kłęby kurzu wzbijające się za parkującymi samochodami. Słońce wznosiło się z dumą pośrodku błękitnego nieba, a pracowite pszczoły fruwały beztrosko tam i z powrotem, nieświadome dramatu, który miał rozegrać się za moment. Julianna chciałaby być taką pszczołą - wolałaby w tej chwili dźwigać w koszyczkach tylnych nóżek ciężki pyłek niż przeżyć okrucieństwo, które prawdopodobnie ich czeka. W okolicy dochodziło do rozlicznych wysiedleń i wywózek mieszkańców do obozów pracy. Drżała z obawy, że i je czeka podobny los, jednocześnie jednak liczyła się z tym, że przyjdzie ten dzień, kiedy Niemcy zainteresują się ich dworkiem. Skryty w cieniu stuletnich akacji i lip, z pięknym ogrodem kwiatowym, z dala od pozostałych gospodarstw - stanowił idealne miejsce do życia... i na kwaterę nazistów. Pragnęła wrzeszczeć, żeby się stąd wynosili - niech wezmą sobie inny dom! - ale przecież nie toczył się żaden konkurs, w którym mogłaby odmówić udziału. To po prostu się działo i nic nie mogło tego zmienić.
Jako pierwszy zaparkował Mercedes 170V, zaraz za nim dwa Ople Admiral, z których natychmiast wysiedli uzbrojeni esesmani w mundurach w kolorze feldgrau[2]. Julianna policzyła ich wzrokiem - siedmiu. Drzwi mercedesa pozostawały zamknięte, a krwistoczerwona zasłonka w tylnych oknach maskowała pasażera.
- Ręce do góry! - Jeden niemiecki żołnierz wybił się naprzód. - Zejść na dół!
Alojzy i Bogumiła wykonali rozkaz bez cienia sprzeciwu, lecz Julianna i Zofia ani drgnęły.
- Głuche jesteście?! Nie rozumiecie w języku panów?! - Ten sam żołnierz się zaśmiał.
Rozumiały doskonale.
- Znamy wasz język - odparła płynną niemczyzną Zofia. - Ale to jest mój dom, więc kiedy przybywa do mnie gość, chciałabym się dowiedzieć, kim on jest.
Esesman bez namysłu wbiegł na werandę, przeskakując po dwa stopnie, i chwycił kobietę mocno za ramię. Szarpiąc nią, ciągnął ze sobą po schodach.
- Puść mnie!
- Mamo! - Julianna złapała matkę za drugą rękę. - Proszę ją puścić! Już zrozumiała swój błąd!
Żołnierz nie zwracał najmniejszej uwagi na prośby dziewczyny i z impetem pchnął Zofię na ziemię. Upadła obok Bogumiły i Alojzego, którzy błyskawicznie ją podnieśli. Ze skaleczonych kolan kobiety pociekły strużki krwi.
Gdy droga do posiadłości została utorowana, esesmani podzielili się na grupki i pierwsza z nich wtargnęła do środka. Zofia pękła i rozpłakała się rzewnie - nie mogła znieść obecności intruzów i tego, jak bestialsko ją potraktowali.
- Jak oni... Jak oni śmią nam to robić... - szlochała.
- Uspokój się, mamo. Teraz nic nie możemy, rozumiesz?
Kobieta ledwo pokiwała głową, gdy esesman, wychynąwszy z domu, stanął w progu.
- Czysto! - zaraportował.
Machina rzeczywistości nabrała rozpędu niczym za dotknięciem magicznej różdżki - nagle zrobiło się okropnie gwarno, ruchliwie. Z zaparkowanej z tyłu ciężarówki wyskoczyło pięciu przymusowych robotników w poszarpanych koszulach. Julianna nie mogła oderwać od nich oczu. Chudzi, wystraszeni, nie patrzyli w oczy wysiedlanych domowników. Ruszyli gęsiego za prowadzącym ich szeregowym; uwijali się jak mrówki. Nawet ukrop im nie wadził, kiedy wbiegali i zbiegali wciąż po schodach, nosząc rzeczy złupione we dworku. Zniecierpliwieni esesmani poganiali ich razami po głowach lub plecach.
- Jak śmiecie! Wy bestie! - wołała Zofia.
- Przestań. To na nic... - tłumaczyła matce Julianna.
- Pani Zofio, niechże pani przestanie, bo zrobią nam krzywdę. - Przestraszyła się Bogumiła. - Ja mam wnuki...
- A niech mnie zabiją, tylko do tego są zdolni! - załkała znów Zofia.
Po chwili z tajemniczego czarnego opla wysiadł umundurowany kierowca. Oczy pani i panny Tyszkiewicz, Alojzego oraz gosposi zwróciły się na niego. Esesman podszedł sztywno do tylnych drzwi, otworzył je i nachylił się ku pasażerowi. Julianna zamarła, gdy ujrzała, jak z wnętrza auta wyłania się szczupła, odziana w białą rękawiczkę dłoń...
Kierowca pomógł kobiecie wysiąść, a gdy stopy w skórzanych pantofelkach stanęły na drobnym żwirze, młoda, piękna Niemka ukazała się w całej swej okazałości. Blond warkocz oplatał jej głowę, a elegancką fryzurę dopełniał mały czepek ze zdobnym pawim piórem. Idealnie skrojona garsonka ujawniała wąską talię, granatowa tkanina podkreślała jasną karnację. Usta umalowane czerwoną pomadką wygięły się w grymasie niezadowolenia.
- Uspokójcie ją - rozkazała tonem pełnym pogardy, spojrzawszy na Zofię.
Kierowca ruszył w kierunku zlęknionych domowników.
- Nein! - wyrwało się Juliannie...
...na próżno. Mężczyzna wymierzył Zofii siarczysty policzek, od którego potężnie zawirowało jej w głowie.
- Od razu lepiej! - skwitowała Niemka. - Heinz, zrób z nimi porządek. Wywieź gdzieś czy coś... - Machnęła ręką.
Julianna poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Z natury była rozważna i wiedziała, kiedy milczeć, ale ta... niemiecka dziewczyna - na oko jej rówieśnica - wzbudziła w niej wstręt na tyle silny, że odważyła się odezwać:
- Pani wybaczy, ale my nie mamy dokąd pójść. To nasz dom. - Pokazała na bielony budynek, który penetrowali esesmani.
- Był wasz - poprawiła ją Niemka. - Podejdź do mnie! - Sięgnęła do małej torebki i wyciągnęła z niej lufkę oraz papierosa.
Julianna ostrożnie wypuściła matkę z objęć i bez słowa wypełniła rozkaz. Przystanęła dwa metry przed Niemką i utkwiła spojrzenie karmelowych oczu w jakże odmiennych, błękitnych tęczówkach swojej oprawczyni.
- Ile masz lat? - Niemka odpaliła papierosa.
- Dziewiętnaście.
- Ha! Niewiarygodne! - Roześmiała się melodyjnie. - Jesteśmy dokładnie w tym samym wieku! A zobacz, gdzie ty zaszłaś, a gdzie ja...?
Julianna spięła mięśnie na całym ciele. Gdyby nie gromada esesmanów, skręciłaby kark paniusi z piórkiem na głowie.
- Pokaż dłonie! - kontynuowała Niemka, wypuściwszy cienką wiązkę dymu prosto w jej twarz.
Julianna powoli wysunęła ręce przed siebie.
- Zadbane - oceniła z satysfakcją tamta. - Nazywam się Ines von Schultz. Mój mąż, Sturmbannführer Bruno von Schultz, został oddelegowany do... - Zamyśliła się. - Jak nazywacie tę waszą wieś? - Ściągnęła wąskie brwi.
- Mikułowice - posłusznie przypomniała jej Julianna.
- Jak to wymówić...? Zresztą nieważne! - Ines potrząsnęła głową. - Istotne jest to, że wcześniej mieszkałam w Berlinie. Rozumiesz? W Berlinie. - Zaciągnęła się ponownie. - Wymieniłam metropolię na jakąś tam wieś w Polen... ale co mieliśmy począć, jeśli sam Streckenbach wydał rozkaz! Ponoć obaj z Karlem Laschem stwierdzili, że mój Bruno najlepiej nada się do pracy w Op... - znowu pogrążyła się w myślach w poszukiwaniu właściwego miana. - Nie mogę spamiętać tych kretyńskich nazw!
Julianna nie potrzebowała usłyszeć nazwy miejscowości, bo od razu domyśliła się, kim jest Sturmbannführer Schultz. Skoro mowa o Streckenbachu, to mąż Ines musi zająć posadę komendanta Policji Bezpieczeństwa w Opatowie - mieście oddalonym od Mikułowic o zaledwie siedemnaście kilometrów.
- U nas na pewno jest mniej atrakcji niż w Berlinie, ale myślę, że spodoba się pani nasza wioska - wyznała Julianna niemal jednym tchem. - Mamy piękne sady, staw, las...
- Co mi po sadach czy lasach?! Gdzie restauracje, kina albo sale balowe?! Umrę tu z nudów! - Ines postąpiła parę kroków w stronę schodów werandy. - Mieszkaliśmy z Brunonem w Lichtenberg. Wiesz, co to za dzielnica? - Obejrzała się przez ramię.
- Niestety nie wiem - przyznała speszona Julianna.
- To praktycznie centrum Berlina! Tam życie toczy się pełną parą! - Weszła na pierwszy stopień. - Chodź - rozkazała i ruszyła w górę.
Julianna tęsknym wzrokiem objęła swój ukochany dom - długi, niski, z fasadą i dwiema korynckimi kolumnami strzegącymi drzwi wejściowych. Przełknęła ślinę i zacisnęła szczęki - tym sposobem walczyła z wybuchem szlochu, który ugrzęznąwszy jej w gardle, przemienił się w rosnącą gulę.
W milczeniu szła krok w krok za Ines. Obraz biegających esesmanów i robotników z dobytkiem jej rodziny w rękach mrowił ją i załaził za skórę niczym drzazga. Wiedziała jednak, że nie może ich powstrzymać... Nie może zrobić niczego, co skłoniłoby ich do zostawienia jej i jej bliskich w spokoju i do odjechania tam, skąd przybyli.
- Zanudzę się tu na śmierć! - powtórzyła Ines, stanąwszy pośrodku wysokiego holu. - Ech! - Westchnęła.
Julianna za rozrywkę uważała sobotnie wypady z przyjaciółmi, kiedy to z Hanią Lisiecką, Wincentym Sałatą i Czarkiem Witkiewiczem wyprawiali się wozem konnym do Mierzanowic lub na Śródborze. Te podróże obfitowały zawsze w zabawne przygody i ogrom śmiechu. Niestety wszystko, co dobre, tak prędko się kończy... Gdy wybuchła wojna i Wehrmacht wkroczył do Polski, wszelkie uciechy zniknęły z codzienności Polaków, a miejsce po nich zajęła obawa o życie. Kina? Kto marzyłby o filmach, kiedy na ulicach gnieżdżą się esesmani, czyhający na ofiary jak głodny kot na mysz!
- Ale co ty możesz wiedzieć o wielkim życiu, jak od urodzenia tkwisz w tej dziurze! - żachnęła się Ines. - Raptem ile tu jest pokoi? - Podeszła do przestronnego okna w sąsiadującym z holem salonie i wyjrzała przez nie na tył domu.
- Izb mamy pięć, w tym jedną z alkową, i kuchnię. Jest jeszcze łazienka, ubikacja i garderoba. Z pomieszczeń gospodarczych pozostał nam gołębnik, kurnik i letnia kuchnia. Alojzy i Bogumiła mieszkają w swoich domach w sąsiedztwie, piętnaście minut drogi piechotą.
Ines rozejrzała się po pomieszczeniu. Zatrzymała wzrok na fortepianie stojącym w rogu.
- Nawet tu ładnie - zauważyła i niby się uśmiechnęła, ale tak naprawdę tylko skrzywiła usta w grymasie jakże odmiennym od zachwytu.
- Dziękuję. - Ukłoniła się Julianna. - Ten dwór należał do moich dziadków, Marii i Stanisława Tyszkiewiczów. Niestety oboje już nie żyją.
- A kto urządzał wnętrze? Gustowne... jak na taką wiochę.
- Każdy domownik wprowadzał coś do wystroju, ale w ostatnim czasie dużo zmieniła moja mama, Zofia.
- Kim ona w ogóle jest?
- Artystką.
- Artystka, powiadasz...? - Uniosła cienkie brwi.
- Tak. Mama była śpiewaczką operową.
- Była? Przecież żyje.
- Od śmierci mojego ojca nie śpiewa. Zeszła ze sceny i nie chce nawet słyszeć o powrocie.
- A ty? Wciąż mieszkałaś tutaj, kiedy ona robiła karierę? - Ines usiadła w głębokim fotelu i z lekkością baletnicy zarzuciła nogę na nogę.
- Tak, zostałam z papą w Mikułowicach... - Julianna zamyśliła się krótko. - Mama dużo podróżowała, dziecko przeszkadzałoby jej w spełnianiu marzeń.
- Przynajmniej zwiedziła kawałek świata. - Parsknęła Ines. - Grasz? - zmieniła temat, przenosząc wzrok na fortepian.
- Tak. - Oddech Julianny przyśpieszył. - To bardzo dobry fortepian, Hofera...
- W prezencie ślubnym dostaliśmy z Brunonem pianino Schimmel z trzydziestego piątego roku. To dopiero bardzo dobry instrument!
Julianna uchyliła usta, chcąc zapytać Ines o zamiary co do jej fortepianu, ale ta uprzedziła ją i sama zdradziła swoje plany:
- Póki mój instrument nie przyjedzie, zostaje ten.
- Dziękuję - wyszeptała Julianna.
- Tamtych dwoje starców na ganku to twoi dziadkowie?
- Nie, dziadkowie nie żyją... - Julianna upewniła się, iż Niemka jej nie słucha. - Alojzy to przyjaciel rodziny i pomocnik w jednej osobie, a Bogumiła jest gosposią.
- Czyli kto zarządzał tym wszystkim?
- Ja.
- Ty?!
- Musiałam - potwierdziła Julianna, a w jej głosie wybrzmiał smutek.
Po żniwach śmierci Julianna była zmuszona przejąć obowiązek utrzymania dworu i tym samym przeszła prawdziwą szkołę życia. Modląc się wieczorami, dziękowała dziadkowi Stanisławowi, który przewidział, co czeka ich rodzinę, i zdążył - a był już na łożu śmierci - podpisać akta sprzedaży ziem, które posiadali. Wcześniej zachęcał ojca Julianny, Adama, do podjęcia tej decyzji. Zajmowanie się gospodarstwem nie leżało bowiem w naturze Adama; od ciężkiej pracy wolał zakrapiane wieczory przy stoliku do brydża.
Trzy miesiące po śmierci Stanisława nadciągnęły nad Polskę czarne chmury - wybuchła wojna... Adam nie wytrzymywał presji wojny i tej ciążącej na nim po odejściu jego ojca, Stanisława, i pił coraz więcej. A potem umarł, zabierając ze sobą na tamten świat swoją matkę - Marię. Julianna została sama... do czasu, gdy dowiedziawszy się o spadku, wróciła Zofia. Na szczęście Stanisław cały majątek Tyszkiewiczów, czyli dworek, zapisał w testamencie wnuczce, nie synowej. Złość w sercu Zofii sprawiła, że kobieta postanowiła pozostać w Mikułowicach na utrzymaniu córki. Wstawała późnym południem, po czym w długim welurowym szlafroku rozkazywała Bogumile, aby ta skakała wokół niej tak, jak to się należy największej gwieździe operowej. Przepaść pomiędzy Julianną a matką pogłębiała się z dnia na dzień.
- Czyli najlepiej z was wszystkich miała twoja matka. Histeryczka... - podsumowała Ines.
Rówieśniczki mierzyły się nawzajem chłodnym wzrokiem, gdy chwilę intymności przerwał im esesman, który wszedł do salonu zamaszystym krokiem. Po całej twarzy spływały mu krople potu, a policzki opanował bordowy rumieniec, mocno kontrastujący z jego jasną karnacją.
- Frau von Schultz... - zaczął i wziął głębszy oddech. - Został tylko ten pokój.
Ines ponownie rozejrzała się po salonie.
- Zostawcie fortepian - nakazała. - Może najdzie mnie ochota na granie. Z resztą rupieci zróbcie porządek, nie chcę tu żadnych gratów!
Mówiąc "gratów", miała na myśli książki, pościele, zdjęcia, duży obraz przedstawiający Jezusa, figurkę Maryi, która należała do babci, Biblię w skórzanej oprawie, inne obrazy, meble, ubrania... a więc cały dobytek rodziny Tyszkiewiczów, który niebawem wylądował w ogrodzie przed domem.
Ines nonszalancko podniosła się z siedzenia, po czym przeszła po opróżnionym salonie. Ogon ciężkich piżmowych perfum dziewczyny oplótł Juliannę jak wąż boa swoją ofiarę, odcinając na moment dopływ świeżego powietrza.
- Jadę z powrotem do... - Ines przewróciła oczami. - Kolejna głupia polska nazwa! Za dwa dni, kiedy skończą urządzać dom pod moje wymagania, wracam. I ty masz tu na mnie czekać.
Julianna ściągnęła brwi, nie zrozumiawszy do końca.
- Co się tak dziwisz? - spytała Ines. - Będziesz dla mnie czymś na wzór damy do towarzystwa. Na wzór, bo raczej nie masz w sobie tyle taktu, by rzeczywiście być damą. Ale... znasz płynnie niemiecki, masz zadbane dłonie, grasz na fortepianie i do tego jesteś idealnie w moim wieku. Bruno nie będzie zachwycony tym absurdalnym pomysłem, jednak i na to mam swoje sposoby!
- Ja mam pani towarzyszyć...? - Julianna nie mogła w to uwierzyć!
- Nie zadawaj głupich pytań, bo się rozmyślę! Będziesz dbać o moje potrzeby. - Podeszła bliżej rówieśnicy. - No... chyba że wolisz wywózkę do obozu, hm? A przy okazji mogę pozbyć się jeszcze kilku innych ludzi z tej wsi. To dla mnie żaden problem.
- Nie! Oczywiście, że nie! - krzyknęła przerażona wizją wywózki do obozu bliskich jej ludzi. - A co z moją...
- Nie wiem - przerwała jej Ines, wyczuwszy instynktownie, o kogo chce zapytać Polka. - Nie obchodzi mnie, co z twoją matką. Niech wyniesie się do swojej grubej gosposi albo co... Ja chcę tutaj tylko ciebie. Rozumiesz?
- Tak.
- Dwa dni! - rzuciła Ines na odchodne, po czym ruszyła do holu. - Wyjeżdżamy! - zakrzyknęła do jednego z żołnierzy, gdy wyłoniła się już na schodach werandy.
Zofia wsparta na ramieniu Bogumiły płakała krokodylimi łzami. Alojzy obserwował całe zdarzenie zupełnie biernie. Zrezygnowany, podobnie jak więźniowie, którzy szykowali kolejne partie mebli do spalenia, patrzył pustym wzrokiem przed siebie. Czuł, że zawiódł swojego przyjaciela Stanisława. Nie zdołał stawić czoła wrogowi i ocalić dworku.
Ines łypnęła jeszcze spod wytuszowanych rzęs i zatrzymała się w połowie drogi do mercedesa.
- Spalcie to - powiedziała dobitnie, wskazawszy na stos "gratów".
Bez cienia skrupułów wsiadła do swojego wozu i odjechała.
- Nieee! - Pisk Zofii przeciął gęste, duszne powietrze, gdy trzech rosłych szeregowych z zapałem poczęło wykonywać polecenie Frau von Schultz.
[2] Feldgrau (z niem.) - dosłownie: polowa szarość. Barwa mundurów armii niemieckiej (przyp. aut.).