Recenzje prasowe
pierwszy poprzedni 1 2 3 4 5 ... 1132 następny ostatni

[ < ] [ 11..15 ] [ > ]





Making Faces

Gdyby pokusić się o napisanie charakterystyki choćby kilku męskich bohaterów powieści z nurtu New Adult, szybko można by zauważyć, że fragmenty tekstu, które opisują ich wygląd zewnętrzny, są w gruncie rzeczy identyczne. Przystojny do granic przyzwoitości, umięśniony jak młody bóg, ze zniewalającym uśmiechem i nieco niebezpiecznym błyskiem w oku - tak oto (niemal zawsze!) prezentuje się nasz bohater. I choć oczywiście wszyscy wiemy, że to nie wygląd zewnętrzny jest kluczowy; że - jak mawiał Lis - "najważniejsze jest to, co niewidoczne dla oczu" , to i tak z dziką przyjemnością dajemy się wciągnąć w opowieść o panu Pięknym.


Co jednak, jeśli pewnego dnia Piękny zamieni się w Bestię, jego urok zastąpi ból, a blizny na twarzy nieudolnie spróbują odtworzyć to, co stało się z pokiereszowaną przez los duszą?
Czy wciąż będziesz mieć odwagę dostrzec to, co ostało się w jego sercu...?


 
Fern Taylor nigdy nie była pięknością.  Rudowłosa, niska niczym dziesięcioletni chłopiec i  na domiar złego z aparatem na zębach, nie zwracała na siebie zbyt dużej uwagi. Z czasem zaakceptowała ten nieidealny wygląd i - być może dzięki niemu - stała się cudowną, ciepłą osobą z sercem na dłoni, troszczącą się o chorego kuzyna, namiętnie piszącą romanse i w tajemnicy kochającą Ambrose'a.
Ambrose Young zawsze był przystojny. Silny fizycznie, otoczony gromadą wiernych przyjaciół, odnosił sukcesy w sporcie i miał przed sobą świetlaną przyszłość. Jedna decyzja, jeden wyjazd, jedna bomba... I Ambrose stracił niemal wszystko. Przyjaciół, urodę i szansę na życie, w zamian otrzymując jedynie coś, co przypominało marną wegetację. 
Ambrose stracił niemal wszystko, ale nie Fern.


Tylko jak nauczyć się kochać człowieka z roztrzaskaną duszą i jak sprawić, by ktoś, kogo serce złamano na tysiąc kawałków, mógł na nowo czuć i żyć? 
 

Moje dwa wcześniejsze spotkania z Amy Harmon dały mi pewność, że mam do czynienia z naprawdę zdolną autorką i że z ogromną radością przeczytam każdą jej książkę. O ile "Pieśń Dawida" na upartego można nazwać sequelem rewelacyjnego "Prawa Mojżesza", o tyle "Making faces" jest czymś zdecydowanie innym; nowym i świeżym. Harmon nie boi się trudnych tematów i po mistrzowsku je rozwija. Tym razem snuje opowieść na miarę historii o upadłym herosie; przypowieść o wojowniku, który powrócił z wojny, ale na placu boju zostawił czterech przyjaciół, a przy każdym z nich fragment swojego serca. Amy przypomina nam, co tak naprawdę jest ważne i uświadamia, że zwracając uwagę wyłącznie na opakowanie, często sami odbieramy sobie szansę na coś wyjątkowego. Unika patosu; nie sili się na skomplikowane i górnolotne metafory, a pomimo to zagląda  w głąb duszy czytelnika i obnaża jego wszelkie bolączki i wątpliwości. Ponadto kolejny już raz daje dowód na to, że tworzenie pełnowymiarowych, może i nieidealnych (a przez to tak bardzo prawdziwych) postaci wychodzi jej jak mało komu. W "Making faces", prócz całej reszty drugoplanowych bohaterów,  przedstawia nam prostoduszną i kochaną Fern; złamanego przez los Ambrose'a i Baileya. Baileya, który jest tak cudowną postacią, pomimo nieuleczalnej choroby pełną mądrości i zrozumienia, że aż boli serce. Od dziecka pogodzony ze śmiercią, uczy innych, jak cieszyć się życiem i robi to tak naturalnie, że nie sposób nie zastosować się do jego rad. Ten fizycznie słaby chłopiec pełen jest wewnętrznej siły; jest kopalnią mądrości, owiniętym w szary papier skarbem i fantastycznym przyjacielem dla dwójki głównych bohaterów. Bohaterów, którzy, swoją drogą, również nie są zbyt typowi, jeśli idzie o literaturę młodzieżową/NA. Fern jest...zwyczajna. Dosłownie. Nie jest to absolutnie wada; mało tego, to coś, co zasługuje na aprobatę. Jest bowiem dziewczyną, z którą mogłaby utożsamić się każda z nas. Daleka od ideału i z pełną tego świadomością, wzdychająca do - swoim zdaniem - niedostępnego króla tłumów. Przede wszystkim jednak jest osóbką z ogromnym i przepełnionym dobrocią sercem, które szaleńczo rwie się ku pewnemu młodzieńcowi. Nawet wtedy, gdy ten przestaje przypominać samego siebie. 
 


"Making faces" to powieść wielowątkowa. Harmon porusza w niej problem przemocy domowej, ciężkiej choroby, ogromnej straty i bólu, którego nie da się ugasić. Jest to też - oczywiście! - powieść o miłości. Pięknej, silnej i bezinteresownej, odbierającej dech i wyciskającej z oczu łzy. Miłości, która potrafi uleczyć zbłąkaną duszę i która daje siłę oraz nadzieję. Która wyciąga z otchłani własnego smutku, na nowo roznieca płomyk pozornie zgaszonego dotąd szczęścia i uświadamia, że warto. Warto żyć, warto walczyć i warto kochać.

Harmon stworzyła niesamowitą - i to nie tylko pod kątem kreowania postaci - powieść. Na uwagę zasługuje też jej konstrukcja. Podzielona jest ona bowiem na dwa przedziały czasowe - teraz (a więc po powrocie Ambrose'a z Iraku) i dużo obszerniejsze kiedyś. Wydarzenia z "kiedyś" poznajemy w licznych retrospekcjach, które są teoretycznie chłodną relacją; zapiskami wydarzeń z przeszłości, a które to w gruncie rzeczy poruszają do głębi, a swoją dosadnością i nadmiarem emocji z pełną siłą uderzają w czytelnika, sprawiając, że często brakuje mu słów, łez i tchu. "Teraz" zaś to opis smutnej rzeczywistości, to próba powrotu do względnie normalnego życia i próba uporania się ze śmiercią bliskich. Uleczenia ran - i tych na ciele, i tych na duszy. Ambrose wrócił z piekła, które odebrało mu przyjaciół, urodę i jego samego. I choć uważam, że Broosey jest cudowny, to odrobinkę przeszkadzała mi tendencja Harmon do skupiania się na jego fizycznych obrażeniach. Oczywiście przeżył tragedię, która odcisnęła na nim swe piętno, ale uważam, że zmiany fizyczne są niczym w porównaniu do tego, jak ucierpiała (czy też jak powinna ucierpieć) jego psychika. Tymczasem Ambrose skupia się głównie na swoim wyglądzie i zdawać by się mogło, że to właśnie utrata urody najbardziej go boli. Sprawia przez to wrażenie nieco płytkiego, chociaż absolutnie takim nie jest. Głębsza analiza postaci i konkretniej zarysowane zmiany w psychice człowieka, który jako jedyny spośród bliskich mu osób przeżył wojnę - tego zdecydowanie mi zabrakło.
 
"Making faces" nie jest powieścią pełną akcji. Nie sprawi, że zgubicie kapcie i z wrażenia rozlejecie kawę na dębowy stolik. Nie będzie trzymała Was w napięciu i niczym nie zaskoczy. 


Sprawi jednak, że ponownie zastanowicie się nad swoimi priorytetami i pochylicie głowę nad słabszymi. Że spróbujecie stać się jeszcze lepszymi, silniejszymi i bardziej wyrozumiałymi. Że przestaniecie bać się przeszkód i metaforycznej walki ze słabościami. 


W gruncie rzeczy to wyjątkowo prosta opowieść. Prosta historia o prostej miłości, która zaplątana jest w rzeczywistość. I o tym, że nie ma takiej góry, której szczytu nie można by zdobyć.


 
"Making faces" nie jest powieścią pełną akcji. Nie sprawi, że zgubicie kapcie i z wrażenia rozlejecie kawę na dębowy stolik. Nie będzie trzymała Was w napięciu i niczym nie zaskoczy. 


Sprawi jednak, że ponownie zastanowicie się nad swoimi priorytetami i pochylicie głowę nad słabszymi. Że spróbujecie stać się jeszcze lepszymi, silniejszymi i bardziej wyrozumiałymi. Że przestaniecie bać się przeszkód i metaforycznej walki ze słabościami. 


W gruncie rzeczy to wyjątkowo prosta opowieść. Prosta historia o prostej miłości, która zaplątana jest w rzeczywistość. I o tym, że nie ma takiej góry, której szczytu nie można by zdobyć.


 

Naksiazki.blogspot.com, Paulina Lipka-Bartosik



Dręczyciel

Do samego rozpoczęcia lektury Dręczyciela nie wiedziałam, do którego gatunku należy:Young Adult czy New Adult. Szczerze mówiąc, byłabym rozczarowana, gdyby okazało się, że autorka postawiła na pierwszy z wyżej wymienionych, ponieważ obiecałam sobie, że już nigdy po niego nie sięgnę. Na całe szczęście książka spod pióra Douglas zalicza się już do NA, co przyjęłam z prawdziwą ulgą. Nie spodziewałam się również tego, że powieść ta zrobi na mnie tak ogromne wrażenie, z miejsca ją pokocham oraz zacznę nią żyć.


 


Wiedziałam, że autorka postawiła na jeden z najtrudniejszych tematów w literaturze: miłość i nienawiść, a raczej cienka granica pomiędzy tymi dwoma silnymi uczuciami. Wiem, że już kiedyś coś podobnego czytałam, w sensie próby stworzenia historii opartej na właśnie tych uczuciach, ale wtedy nie poszło to zbyt dobrze. Właściwie nie wiedziałam, co mam myśleć o Dręczycielu, aż do ostatniej strony. Napiszę tylko, że Douglas zdecydowanie udało się oddać właśnie tę istotę natury miłości i nienawiści, zatracenia w jednym lub drugim. Nie podeszłam do tej pozycji z jakimiś oczekiwaniami oprócz dobrej zabawy, ale dostałam coś o wiele lepszego - książkę na całe życie.


 


Zazwyczaj nie przepadam za głównymi bohaterkami, co nie jest żadną tajemnicą. Większym szokiem może okazać się, że właśnie Tate przypadła mi do gustu! Polubiłam ją, dosłownie, od drugiego rozdziału. Strasznie spodobała mi się jej kreacja jako silnej i niezależnej młodej kobiety, która wkracza w dorosłe życie i musi poradzić sobie z przeciwnościami losu w postaci jej starego (nie)przyjaciela. Tate została stworzona z głową, każda jej cecha została przedstawiona naprawdę świetnie. Nie była przerysowana, ani płaska, każdy jej czyn jest logiczny oraz myśl. Troszeczkę przeszkadzały mnie jej napady poczucia winy, ale w końcu jest dobrym człowiekiem.


 


O Jaredzie mogłabym napisać osobną książkę, albo lepiej pozostawię to zadanie autorce - znacznie lepiej jej to wyszło. Strasznie zaciekawił mnie główny wątek, chociaż był niezwykle tajemniczy. Ten chłopak, mężczyzna, to naprawdę twardy zawodnik. Jego charakter to tak naprawdę celowe pomieszanie z poplątaniem, dokładnie tak jak powinno być i jak wskazywała na to tocząca się akcja. Jared jest nieprzewidywalny, lekkomyślny, ale również niezwykle czuły i kochany, chociaż czasami sprałabym go na kwaśne jabłko. Obok takiego bohatera nie da się przejść obojętnie, po prostu się nie da. 


 


Dręczyciel okazał się lekturą niezwykłą. Autorka ciągle krąży wokół dawnej przyjaźni głównych bohaterów, teraźniejszej sytuacji oraz zapowiedzianej miłości i nienawiści. Nie ukrywam, Douglas odwaliła naprawdę kawał doskonałej roboty. Historia była ciekawa, wciągająca i w pewien sposób nieprzewidywalna. Tajemnica, którą owiany był główny wątek przyprawiała o dreszcze, ale również szybsze bicie serca. 


 


Dręczyciel to powieść idealna dla fanów romansów, New Adult, ale również dla tych, którzy chcieliby bliżej poznać ten gatunek. Miłośnicy skrajnych emocji, świetnych bohaterów i szybszego bicia serca związanego z relacjami między głównymi postaciami, powinni jak najprędzej poznać Tate i Jareda. Nie ma chyba na świecie osoby, która zawiodłaby się na powieści Douglas.

http://www.wachajac-ksiazki.pl, Marta Musialska



Making Faces

Sięgnięcie po nową książkę Amy Harmon wydawało się bardzo naturalną czynnością. Autorka, dzięki swoim dwóm poprzednim powieściom (Prawo Mojżesza i Pieśń Dawida), zdobyła nie tylko moje serce, ale również historie przez nią napisane zajmują najwyższe półki. Nie przeczę, że trochę obawiałam się Making Faces, które, sądząc po opisie, zapowiadało nieco schematyczną lekturę, ale wiedziałam też, że jestem w stanie przez to przebrnąć, ponieważ wyszło to spod pióra Harmon.


 


Na początku nie byłam przekonana do historii Fern i Ambrose'a, ale przy samej powieści: chęci jej poznania i zostanie przy niej dłużej, zatrzymała mnie zapowiedź paczki przyjaciół, której wątek śledziłam z wręcz obsesyjną dokładnością. Opis Making Faces prezentował się zbyt schematycznie, żebym mogła zacząć czytać ją bez uprzedzeń, ale mimo wszystko byłam pozytywnie nastawiona. Na początku główna bohaterka nie przemawiała do mnie, ale było to dosłownie przez kilka stron, kiedy to Harmon zaczęła rozkręcać akcji. I wtedy się zaczęło...


 


To co autorka zrobiła, jak potraktowała piątkę przyjaciół, złamało mi serce. Zazwyczaj pisarze unikają tak bolesnego tematu jak śmierć i strata, a jeśli już to poruszają, to w bardzo umiarkowanym stopniu. Harmon dowiodła już, że tak naprawdę nie boi się podjąć tego wyzwania i naprawdę potrafi zniszczyć życie niejednego czytelnika. Prawdę powiedziawszy, nie czytałam jeszcze piękniejszej historii o miłości, przyjaźni i stracie. Oczywiście, znajdą się i tacy, którzy będą oponować, ale dla mnie Making Faces odmieniło moje życie.


 


Fern nie była piękną, zabójczą dziewczyną, która tylko wmawiała sobie, że jest przeciętna. Nie była też osiemnastolatką, która dla tego jedynego, wyglądała jak gwiazda filmowa albo modelka bielizny. Nie, Fern była całkiem zwyczajna - wiedziała o tym ona, jej przyjaciel, mama, ukochany i cała reszta miasteczka. I właśnie to mnie najbardziej zaintrygowało. Wiadomo, będzie miłość między głównymi bohaterami, ale czegoś takiego się nie spodziewałam. Autorka uczyniła z tej dziewczyny prawdziwą, namacalną istotę, która ma gorsze dni, której makijaż uwydatnia zalety, ale również cieszy się życiem. Fern jest postacią, która wiele zmienia. Jej osoba jest starannie scharakteryzowana, dająca coś w rodzaju nadziei, ale również wewnętrznego spokoju. Ta bohaterka po prostu daje nadzieję i szczęście samą swoją obecnością.


 


Ambrose jest typem bohatera łamiącego serce, ale nie swoim bezpośrednim czynem, ale raczej tym co stało się "po". Brose, na początku silny, odważny, dla niektórych był nawet superbohaterem, wzorem do naśladowania, ostoją, okazał się podatny na zranienia tak samo jak inni, może nawet bardziej. Nie wiem skąd autorka pozyskiwała informacje, ale wyszło jej to niezwykle realistycznie. Każda jej postać miała swój cel, który w pewnym sensie przedstawiał różne sytuacje życiowe i filozoficzne podejście do świata.


 


Czasem zdarzyło mi się przerwać lekturę, żeby pomyśleć o bólu, który dotknął tego silnego, młodego człowieka. Myślę, że autorka nie napisała tylko banalnego romansu, ale również miała ona charakter moralistyczny. Harmon stworzyła powieść, która z jednej strony podnosi na duchu, siłę miłości, przyjaźni oraz to, że zawsze liczy się wnętrze, ale również kruchość życia, niesprawiedliwość losu, co wielokrotnie już świetnie pokazała.


 


Historia Making Faces została przekazana narracją trzecioosobową, co mnie trochę zaskoczyło. Harmon pozwoliła w pewien sposób odgrodzić się od bezpośredniej integracji czytelnika z bohaterami, co wyszło bardzo realistycznie, jakbyśmy stali obok i patrzyli na wydarzenia, nie mając na nie wpływu, pozwalając bohaterom radzić sobie samym. Ciężko mi stwierdzić, jakim językiem napisana została powieść. Lekkim i prostym, ponieważ taki się wydawał, ale brakuje tu jeszcze jednego epitetu: emocjonalny? Pewne rzeczy wykluczają się w książkach tej pisarki, ale wiem jedno: nie ma lepiej od niej, kiedy pisze o miłości, śmierci, stracie i nadziei.


 


Może moja banalność osiągnie najwyższy level, kiedy napiszę, że gorąco polecam Making Faces oraz inne książki autorki. Nie ma drugiej takiej i teraz to widzę. Amy Harmon dokonała niemożliwego - stworzyła nową historię miłosną, ale jednocześnie tak boleśnie prawdziwą i rzeczywistą.

http://www.wachajac-ksiazki.pl, Marta Musialska



Dręczyciel

 


Co tam u Was słychać? Czy Wam również udało się złapać grypę na walentynki? Jak widać pocieszam się książką i krówkami kokosowymi, które niestety już się skończyły. Za nim jednak przejdę do recenzji DręczycielaPenelope Douglas, który wypadł całkiem nieźle, chciałabym żebyście zwrócili uwagę na okładkę, a dokładniej na tytuł. Nie krytykuję delikatnego błękitu i zieleni, ale zastanawiam się dlaczego słowo "dręczyciel" zostało napisane tak eteryczną czcionką ze słodkim zawijaskiem przy literze "d", trochę mi się to kłóci. No, ale to tylko okładka przejdźmy do tego co ważne, a więc do wnętrza...


 


Autor: Penelope Douglas


Tytuł: Dręczyciel


Wydawnictwo: Editio Red


Premiera: 15 luty 2017 rok


 


Tate i Jared w dzieciństwie byli praktycznie nierozłączni. Dwójka dzieciaków z problemami, która mieszkała koło siebie  i wspierała się nawzajem. Byli przyjaciółmi i nie było dla nich nikogo bliższego. 


 


Niestety od kiedy oboje skończyli 14 lat w ich relacji zaszły pewne zmiany, a tak naprawdę zmienił się Jared, który z dnia na dzień zacząć dręczyć Tate bez żadnego wyraźnego powodu. Ona stała się ofiarą, a on sprawcą przemocy. Poniżał ją, upokarzał, rozsiewał plotki na jej temat, wprowadzał ją w stan ciągłego zaniepokojenia, odpychał od niej ludzi, po prostu ją dręczył, a źródło jego zachowania pozostawało nieznane. Tate starała się schodzić mu z drogi, ale wtedy on dręczył ją z jeszcze większą siłą. 


 


Tate wyjechała na rok do Paryża i wróciła do miasta po to, żeby skończyć ostatnią klasę szkoły średniej. Wróciła do miasta i szkoły, w której była pośmiewiskiem, przede wszystkim jednak wróciła do swojego domu, który stał zaledwie kilkanaście metrów od domu jej dręczyciela. Jednak Tate podczas wyjazdy nabrała dystansu do tych dziecinnych gierek i postanowiła przeżyć dobrze ostatni rok szkoły bez względu na wszystko w czym oczywiście cały czas przeszkadzał jej Jared. Tym razem jednak nie była potulną owieczką znoszącą kpiny i drwiny. Stała się silną i zdecydowaną kobietą, która postanawia walczyć o swoją godność, reputację i swoje życie. Nie jest to jednak takie proste. Jej dręczyciel wie o niej wszystko: zna jej sekrety, zna jej lęki, zna jej sposób myślenia i wie co zaboli ją najbardziej.


 


Dlaczego dziecięca przyjaźń zamieniła się w nienawiść? Dlaczego Jared prześladuje Tate bez wyraźnego powodu? Czy jest na to usprawiedliwienie?


 


Przetrwanie to najlepsza


 forma zemsty


 


Zacznijmy od tego, że ta powieść to NA i opiera się na dobrze nam znanym schemacie, o którym już kiedyś pisałam. Tak więc mamy ją (i ona jest ładna), mamy jego (i on jest przystojny), mamy ból, mamy problem, mamy pierwszą prawdziwą miłość i mamy wiele, wiele kłopotów, które główni bohaterowie muszą przezwyciężyć. Pomimo tego, że schemat w tej powieści jest wyraźnie widoczny autorce udaje się od niego miejscami uciec i robi to naprawdę skutecznie. 


 


Nie mam zamiaru ukrywać tego, że podeszłam do tej książki sceptycznie. Autorka czasem pozwala swoim bohaterom na doprawdy dziwne zachowania, które czasem wydają się po prostu nierealne. Wydaje się również, że bohaterowie mają również nierealne hobby. Co prawda nie mieszkam w Stanach, ale słyszeliście coś o tym, żeby dzieciaki miały tam drogie samochody i ścigały się na nielegalnych-legalnych wyścigach? Jakoś mi to tak dziwnie wygląda. I oczywiście wszyscy są mistrzami za kółkiem. 


 


Dobra, koniec żali...


 


Ale to, co w sobie tłumisz, 


tylko cię osłabia


 


Penelope Douglas ma całkiem przyjemny styl pisania. Powieść czyta się niezwykle szybko, a to w jaki sposób autorka opisuje emocje naprawdę zasługuje na uwagę. W środku książki jest monolog, który wygłasza główna bohaterka i cóż...jest naprawdę dobry.


 


Podobała mi się kreacja dręczyciela. Z początku w ogóle nie rozumiemy Jareda. Jego zachowanie jest zupełnie irracjonalnie, wydaje się, że dręczenie Tate nie ma żadnych podstaw. Jared zostaje nam przedstawiony jako totalny dupek, który rozsiewa plotki na temat Tate, straszy ją, a jednocześnie broni i pomaga kiedy wymaga tego sytuacja. To dosyć ciekawy bohater.


 


Co do Tate mam więcej wątpliwości niż sympatii do tej bohaterki. Autorka w bardzo dobry sposób nakreśliła jej emocje, które były motorem napędowym ich działań, ale bądźmy szczerzy bohaterka była rozchwiana, a jej zachowanie trochę pozbawione rozsądku. No, ale akurat co do tej postaci potraktujcie moją opinię w 100% subiektywnie. Jestem pewna, że będzie ona wzbudzać różne emocje.


 


Wczoraj trwa wiecznie.


 Jutro nigdy nie nadejdzie dla ciebie...


 


Powieść Dręczyciel miło zaskoczyła mnie lekkim stylem autorki, dobrze nakreślonymi uczuciami, ciekawym głównym bohaterem - Jaredem oraz tym, że autorce w wielu miejscach udało się uciec od schematu.


 

www.recenzjezpazurem.pl, Diane Rose



Dręczyciel

Tate i Jared znali się od dzieciństwa. Łączyła ich przyjaźń, byli sobie bliscy. Wszystko się zmieniło, gdy oboje mieli czternaście lat. Z dnia na dzień Jared zaczął dręczyć Tate — bez wyraźnego powodu. Upokarzał ją, poniżał, robił wszystko, aby zrujnować jej życie. Im bardziej Tate schodziła mu z drogi, tym bardziej sadystycznie ją prześladował. Wreszcie Tate uciekła na rok do Paryża. To ją odmieniło: przestała być przerażoną, zaszczutą dziewczynką, stała się młodą, pewną swojej wartości kobietą. Stała się silna, bardzo silna i zdecydowana. I postanowiła, że nie pozwoli więcej się dręczyć. Wreszcie była gotowa podnieść głowę i nie cofać się przed swoim prześladowcą. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Gdy przyjaciel staje się wrogiem, ma ogromną przewagę. Zna wszystkie sekrety, lęki, myśli swojej ofiary i wie, co zaboli najmocniej.


Dlaczego Jared stał się prześladowcą Tate? Jakie tajemnice skrywa? Możesz się tylko domyślać mrocznej przeszłości i niezagojonych ran, tych przerażających zdarzeń, które wszystko skomplikowały...


 


 
 

''Wczoraj minęło.
Jutro jeszcze nie nadeszło.
Mamy tylko dziś.''
Matka Teresa

 
Ta historia nie jest taka, jakby mogło się wydawać na pierwszy rzut oka.


 


Dorośli zawsze mówią do dziewczynek, że jeśli chłopiec Ci dokucza, znaczy to, że Cię lubi. Kto się czubi, ten się lubi, prawda? Cóż, ja robię inaczej, swoim córkom, że jeśli jakiś chłopiec Ci dokucza, to powiedz dorosłemu, jeśli to nie pomoże, wtedy oddaj. We współczesnym świecie dzieciaki mają ciężko, każda oznaka słabości jest wykorzystywana przeciwko nim. I tak też było w przypadku Tate, jej dawny przyjaciel dręczy ją i szykanuje, wykorzystując każdy słaby punkt przeciwko niej. Niegdyś przyjaciel, teraz dręczyciel i przyczyna jej łez. Tate nie może zrozumieć jednego, dlaczego jej przyjaciel zmienił się tak bardzo, robiąc z niej swojego największego wroga. Dziewczyna wyjeżdża na rok do Francji, gdzie odpoczywa od sąsiada — dręczyciela. Po powrocie do domu dziewczyna postanawia stawić czoła Jaredowi, przestać uciekać i zacząć walczyć o siebie. Od tego momentu wzajemnie obrzucają się błotem, męczą i dręczą, próbując ukryć prawdziwe uczucia. Od pierwszej strony można wyczuć chemię pomiędzy bohaterami. Nie wiemy, co wydarzyło się w przeszłości i stało się powodem zachowania Jareda, przyjaciele tak nagle nie stają się wrogami bez powodu. Okrutne zachowanie Jareda i wszystkie okrutne sposoby, by zastraszyć Tate, nie ukryły uczuć, które do niej żywi. Dla mnie oczywiste było to, że chłopak jest w niej zakochany, pytaniem jest jednak, co takiego się wydarzyło w ich życiu, że doprowadziło do takiego stanu rzeczy. Poszukiwanie odpowiedzi było trudne, a odkryta prawda złamała mi serce.


 


Bohaterowie stworzeni przez autorkę zaskakiwali mnie na każdym kroku. Tate to miła i sympatyczna dziewczyna z zasadami ma jednak hobby nietypowe dla grzecznej dziewczyny. Nie potrafiła poradzić sobie z sytuacją pomiędzy nią a Jaredem, rozpaczliwie chciała poznać przyczynę zmiany ich relacji. Jared to zły chłopiec z sąsiedztwa, jednak pod maską dupkowatości i łamacza serc, z łatwością odnajdujemy chłopca, który przyjaźnił się z Tate. KC i Maddoc także mają duży wpływ na przebieg tej historii, a o nich samych więcej dowiemy się z kolejnych części serii.


 


Penelope Douglas poruszyła temat zastraszania i dręczenia pośród młodzieży. Choć przyczyny takich zachowań mogą być różne, na przykładzie Tate możemy się przekonać, że jedyną właściwą odpowiedzią na takie sytuacje jest po prostu reagowanie.


 


''Dręczyciel to jedna z ciekawszych książek z gatunku New Adult, to nietypowa bajka dla czytelników w każdym wieku. Świetna fabuła, zaskakujące zakończenie i bohaterowie, których nie da się nie lubić, sprawiają, że czytanie tej książki jest przyjemnością i ciężko jest oderwać się od lektury. Jeśli jeszcze nie czytaliście ''Dręczyciela'' to gorąco polecam!

Myfairybookworld.blogspot.co.uk, Ewelina Nawara



pierwszy poprzedni 1 2 3 4 5 ... 1132 następny ostatni

[ < ] [ 11..15 ] [ > ]