Recenzje prasowe
pierwszy poprzedni 1 2 3 4 ... 1133 następny ostatni

[ < ] [ 6..10 ] [ > ]





Koszmar Morfeusza

Mroczna, namiętna, nieprzewidywalna historia płomiennego romansu, balansującego pomiędzy miłością i nienawiścią.

Przeczytawszy „Sny Morfeusza” nawet nie brałam pod uwagę opcji, żebym nie sięgnęła po kolejny tom. Zakończenie pierwszego było bardzo zaskakujące i intrygujące, dlatego moja ciekawość do „Koszmaru Morfeusza” wzrosła do granic możliwości. Czy powieść spełniła moje oczekiwania? Sprawdźcie sami.

Związek Cassandry i Adama od początku jest burzliwy i gwałtowny. Żarliwe pożądanie i namiętność nie odpuszcza. Młoda kobieta doskonale zdaje sobie sprawę, że uczucie jakim darzy kochanka nie wróży nic dobrego i stawia ją w niebezpieczeństwie, jednak nie może się oprzeć inteligentnemu, mrocznemu i zabójczo przystojnemu Adamowi. Mężczyzna również nie pozostaje obojętny wobec Cass, co stawia go w bardzo niezręcznej sytuacji w świecie, gdzie z każdej strony czai się zagrożenie.

W powieści poznajemy prawdziwy, brutalny świat Morfeusza. Nie spotkamy się tu z romantycznymi gestami, spojrzeniami, delikatnością czy czułością. Sceny seksu momentami są okrutne i muszę przyznać, że nieraz byłam zszokowana dokładnymi opisami i agresywnością. Autorka kreuje bezduszny świat mafii i jego bezwzględne zasady, których jeśli ktoś nie przestrzega, spotyka dotkliwa kara. Sama fabuła jest interesująca, mroczna i jednocześnie pociągająca, jednak chwilami miałam wrażenie, że trochę przerysowana.

Nie podobało mi się zachowanie głównej bohaterki. Nie do końca polubiłam ją w pierwszej części i w tej nic się nie zmieniło. Jej postępowanie, w którym wyraźnie zaznacza się rozchwianie emocjonalne są dla mnie irracjonalne, kolokwialnie mówiąc głupie. Chociaż miłość rządzi się swoimi prawami, więc może powinnam być bardziej wyrozumiała.

Gorące sceny rozpalają i przenikają czytelnika. Ogromna zmysłowość pobudza fantazję, natomiast niebezpieczeństwo dodaje pikanterii, co tylko ubarwia historię oraz wywołuje przyjemne dreszcze i podekscytowanie. Do tego nagłe, zaskakujące zwroty akcji i lekki styl sprawia, że książkę czyta się błyskawicznie i chcę się jej jeszcze więcej.

Uczucia mam mieszane co do książki. Ostatnio czytam wiele powieści zaliczających się do gatunku romans/erotyk, więc staje się coraz bardziej kapryśna i wymagająca. Jedno jest pewne! Biorąc pod uwagę niemałą wyobraźnię autorki, jestem ogromnie ciekawa dalszej historii płomiennego romansu.

portal dlaLejdis.pl, Patrycja Trzcionkowska



Making Faces

Amy Harmon na dar. Jej powieści zawsze otwierają we mnie niezwykłe emocje... Czytając jej niebanalne i pełne uczuć opowieści czuję się jakbym była jedną z bohaterek i przeżywała to, co bohaterowie. Często się śmieję, płaczę, a lektury nie mogę skończyć bez przekręcenia ostatniej strony i dowiedzenia się, czy zakończenie będzie równie słodko-gorzkie jak cała powieść. Nie inaczej było z powieścią Making faces, czyli nowością na polskim rynku.

Małe miasteczko gdzieś w Pensylwanii, wszyscy się w nim znają, znają swoje tajemnice. W takim miejscu jak to niewiele da się ukryć. Młodzi ludzie chodzący tu do szkoły nie interesują się piłką nożna, czy footballem amerykańskim, tu sława zdobywa ten, kto jest najlepszy w zapasach, a w Hannah Lake najlepszy był w nich Ambrose Taylor. Chłopak tak idealny, że zakochana w nim Fern, uważała go za herosa... Kochała go jednak nie za wygląd, on tego jednak nie dostrzegał. A później nastała wojna, on wyjechał, ona została...


 "Każdy jest dla kogoś głównym bohaterem..."
Spodziewacie się kolejnej banalnej historii o nastolatkach? A może liczycie na na siłę wymuszający łzy dramat wojenny? Spodziewacie mdłych, wyidealizowanych bohaterów? W powieściach Amy Harmon ich nie znajdziecie, a na pewno nie w tej... Nie spodziewałam się, że ta historia wywoła we mnie tak wiele emocji, ale właśnie tak się stało. Podczas jej lektury naprawdę płakałam, a rzadko mi się to zdarza.

Powieść Harmon podzielona jest na umowne dwie części. Pierwsza to czas młodości bohaterów, kiedy chodzą jeszcze do liceum, druga zaś opowiada o ich dorosłym życiu, kiedy trwa wojna w Wietnamie. Głównym wydarzeniem, na którym oparty był koncept był zamach na World Trade Center, co skłoniło część chłopców z miasteczka do zaciągnięcia się do armii. Miejscem akcji więc jak się pewnie domyślacie nie jest tylko Hannah Lake, ale również Irak.

Making faces to jednak nie tylko opowieść o wojnie, ale również o tym jak sobie z nią radzić, jak walczyć ze stratą, jak pogodzić się ze śmiercią, czy to spodziewaną, którą wywołuje choroba, czy to niespodziewaną. To historia o akceptacji samego siebie, zrozumieniu swoich mocnych i słabych stron, radzeniu sobie ze stratą... Jednak to też pełna blasku opowieść o miłości, która rodzi się z czasem, a także o prawdziwej przyjaźni i pasji.

"Gdy się komuś długo przyglądasz, przestajesz widzieć doskonały nos albo proste zęby. Przestajesz widzieć bliznę po trądziku i dołek na brodzie. Te cechy zaczynają się zamazywać, a ty nagle widzisz kolory i to, co kryje się w środku, a piękno nabiera zupełnie nowego znaczenia."
Choć większość poruszanych w powieści tematów jest ciężkich, to dzięki niezwykle mądrym, pozytywnym bohaterom powieść czyta się z lekkością i fascynacją, odczuwany smutek jest tylko dowodem tej sympatii. Dla mnie, choć naprawdę polubiłam głównych bohaterów, to Bailey był najjaśniejszym promykiem całej powieści. Jego wytrwałość, inteligencja, zdrowe podejście do życia i pozytywna energia sprawiały, że każda scena z nim była niezwykła. Ten człowiek był wielki! Akceptował swoją chorobę, wytrwale jednak się jej nie poddawał i właśnie za to najbardziej go cenię.

Wciąż nie mogę uwierzyć, że jedynie jedną, krótką powieścią autorka sprawiła, że tak zafascynowałam się bohaterami i czuję jakbym znała ich całe życie. Uwielbiam to w powieściach Harmon. Już nie mogę się doczekać kolejnych tak realnych historii...
Ocena: świetna [6/6]
 

Książkowy Świat Patrycji :: Magia Książek, Patrycja Waniek



Making Faces

Amy Harmon to autorka, która zyskała moją sympatię dzięki książkom Prawo Mojżesza i Pieśń Dawida. Poprzednie powieści autorki uderzyły w najczulsze struny mojej duszy i poruszyły wszystkie emocje. Jak było tym razem?

Fern kiedyś mało popularna, niejaka uczennica, córka lokalnego pastora, inteligentna i w pewnym sensie wyjątkowa. Dziś piękna, uczynna, dobra nieświadoma swojej zewnętrznej urody. Ambrose kiedyś młody bóg, sportowiec, zapaśnik, żołnierz. Dziś zniszczony przez wojnę, zagubiony, zraniony uszkodzony. Fern od zawsze jest zakochana w młodzieńcu, jednak dla niego jest tylko śmieszną, odrobinę szaloną.
Po tragicznych wydarzeniach z jedenastego września, o których słyszał cały świat boski Ambrose, postanawia się zaciągnąć do wojska a wraz z nim czwórka jego przyjaciół. Miasto żegna ich wielką paradą, ale czy huczne imprezy mogą, podnieś na duchu kogoś, kto idzie na wojnę, kto będzie walczył za ojczyznę? Nie od dziś wiadomo, że wojna zmienia na zawsze...


 


 


 


Narracja w książce jest trzecioosobowa, narrator wszechwiedzący oprowadza nas po przygodach głównych i pobocznych bohaterów. Całość jest spójna, każda z postaci ma swoje wady i zalety, zostali wykreowani na mocnych, realnych fundamentach. Bailey — odwieczny przyjaciel i kuzyn Fern, chłopak cierpiący na dystrofię mięśniową, chłopak słaby fizycznie, ale niezwykle silny umysłowo, zabawny i inteligentny z ogromnym dystansem do siebie i świata. Rita, szkolna piękność, odrobinę pusta, ale radosna — najlepsza przyjaciółka Fern. To tyle, jeżeli chodzi o postacie drugoplanowe. Pojawiają się również i osoby na trzecim i kolejnym planie. Całe tło zostało idealnie odrysowane, a pierwsze skrzypce w książce na zmianę grają bohaterowie pierwszo i drugoplanowi.

Amy Harmon w Making Faces chciała przede wszystkim pokazać, że wygląd zewnętrzny to coś kruchego i ulotnego, dziś jesteśmy piękni, młodzi, a za moment może się wydarzyć coś, co zmieni nasz wygląd do końca życia. Uroda odchodzi, zmienia się, dojrzewamy, a nasze wewnętrzne piękno zostaje z nami na zawsze. Dobroć, pogoda ducha i poczucie humoru to coś, co nigdy w nas się nie zatrze nawet po upływie lat.

Niestety, jest kilka wad w tej książce. Autorka tym razem poruszyła kilka tematów, skupiła się na aspekcie wojny, na chorobie Baileya, a momentami porusza nawet tematy przemocy domowej i... właśnie mam wrażenie, że Amy chciała złapać kilka srok za ogon i wiele potraktowała połowicznie. Jednak po kolei:

 
Miłość


 
To nie ukrywając główny motyw w książce, miłość bez wzajemności, krucha, łamliwa i niestabilna. Jednak gdzieś w tle buduje się na mocnych fundamentach również miłość prawdziwa i niepohamowana. Amy Harmon idealnie operuje czasami, w jednej chwili jesteśmy w liceum wśród młodzieńczych problemów i zauroczeń, a w kolejnej sekundzie jesteśmy już wśród dorosłych problemów, zmagań z szarą rzeczywistością i z ciężarem wojny. Głównym wątkiem miłosnym jest ten między Fern i Ambrose'em. Dwoje ludzi, którzy przez całe życie się mijają, czy w końcu znajdą ukojenie, radość z życia i prawdziwą miłość? Uważam, że ten wątek został poprowadzony bezbłędnie i tutaj nie mam się do czego przyczepić, były emocje, jakich można się spodziewać po Amy Harmon, były ujmujące chwile i uskrzydlające uczucia.

Wojna


 
Tutaj mam wiele zarzutów. Uważam, że autorka nie poradziła sobie z pociągnięciem tego wątku. Ambrose jako młody chłopak przeżył okropną traumę, jednak Amy Harmon nie odcisnęła na nim wyraźnego piętna. Mam wrażenie, że ten wątek został potraktowany odrobinę po macoszemu. Po tej autorce spodziewałam się skrajnych emocji i wyraźnych rys na psychice głównego bohatera, tym razem temat ten został tylko delikatnie liźnięty. Autorka nie postarała się o jakieś szczegóły, które uwiarygodniłyby Ambrose'a jako ofiarę wojennych działań, nie mówi o żadnych odciśniętych bliznach na psychice, nie mówi o zespole stresu pourazowego, mówi tylko o ranach, jakie dokonały się na ciele ofiary. Jednak o psychice i gonitwie myśli głównego bohatera jest mało... zbyt mało, aby ten wątek był wiarygodny.

 
Wszystko, a i tak mało

Autorka również w dość powierzchownych sposób potraktowała chorobę Baileya, ona po prostu jest, chłopak się z nią pogodził, wszyscy w koło są szczęśliwi, cieszą się każdym dniem i uczą się od Baileya żyć chwilą. Jednak tym razem czegoś w tym zabrakło, to było tylko powiedziane, ale w zbyt suchy sposób, bez zbędnych emocji, a można było z tego wyciągnąć wiele... albo zupełnie odpuścić sobie ten wątek i potraktować go osobno w innej książce, bo ma potencjał, ale nie zasłużył na potraktowanie go powierzchownie.
Również, jeżeli chodzi o przemoc w rodzinie, było emocjonująco, ale na szybko, na siłę, zupełnie nie w stylu Harmon. Można było to rozegrać inaczej, pokazać ten ból jednej z bohaterek w inny sposób, albo potraktować osobno, bo tutaj kolejny poboczny wątek z potencjałem, nie zasługiwał na zdawkowe potraktowanie.

 
Zbyt dużo, zbyt mało

Amy Harmon podniosła sobie poprzeczkę bardzo wysoko poprzez poprzednie książki. Tym razem nieco się zawiodłam, wiem, że dość dosadnie pokazałam wam, co mi w książce nie leżało, jednak nie jest tak, że książka była fatalna. Ona po prostu jest gorsza od poprzednich, inna, nie ma w niej wielkich emocji, ale nadal mamy świetny styl Harmon, który wiele mi rekompensował. Rozumiem przesłanie tej książki, cieszę się z tematów, jakie autorka poruszyła, ale nie jestem zachwycona sposobem, w jaki to zrobiła. Myślę, że wątek wojny i miłości wykorzystany w stu procentach, od A do Z ze wszystkimi wzlotami i upadkami, byłby świetny. Jadnak już tak wiele wątków w jednej książce sprawiło, że potencjał, z tych na pozór pełnych emocji tematów, nie został wykorzystany.
 


Making Faces to książka, która nie zawróciła mi w głowie, może miałam wobec niej większe oczekiwania, może te wszystkie recenzje i zdania, że książka to emocjonalna bomba z rewelacyjnym stylem Harmon, sprawiło, że chciałam prawdziwej bomby, czegoś do płaczu, czegoś, co poruszy mnie do głębi i zostawi z pustką w głowie. Tak się jednak nie stało. Książkę czytałam na początku opornie, potem się wciągnęłam, jednak nie było łez, nie było wielu emocji, było tylko w miarę, a po tej autorce spodziewałam się czegoś powyżej moich oczekiwań. Jak bardzo nie kręciłabym nosem i nie narzekała, to i tak wam polecam tę książka, a dlaczego? Po pierwsze uważam, że powinniście na własnej skórze się przekonać czy przypadnie wam do gustu, a po drugie to w końcu Amy Harmon i nawet jak jest nieco gorzej niż poprzednim razem to i tak nie ma tragedii.


 


 


 


 


 


 


 


 

http://ksiazkomiloscimoja.blogspot.com, Justyna Leśniewicz (DEPRECATED)



Koszmar Morfeusza

Jego dotyk na twojej skórze wywołuje dreszcze. Nie możesz mu się oprzeć. Wiesz, że zawsze wygra. Choć próbujesz z całych sił, to i tak nie możesz powstrzymać pożądania. To tak, jakbyś miała zatrzymać bicie swojego serca. Zdajesz sobie sprawę z tego, że ta noc przyniesie tylko i wyłącznie ból. On opuści Cię wraz z blaskiem słońca. Zignoruje i pozostawi w rozsypce. Wiesz o tym doskonale. Nie chcesz czuć na sobie jego gorących pocałunków, nie chcesz trwać w jego objęciach, ale nie możesz mu się sprzeciwić. Nie chcesz tego, a zarazem pragniesz tego z całych sił. Tak jest zawsze. Nie potrafisz mu się oprzeć, a on nie umie pozostawić cię samej. Coś was do siebie ciągnie. Jakaś tajemnicza więź, która pcha was ku sobie. Myślicie o sobie w każdej chwili, pragniecie swojego dotyku. Wiecie, jakie jest ryzyko. Doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, że to niepohamowane uczucie może was zniszczyć. Próbujecie to zakończyć, ale bezskutecznie. To pragnienie niszczy wasze mury, naraża na niebezpieczeństwo, sprawia, że nie możecie bez siebie żyć...


 


K. N. Haner powraca - i to w jeszcze bardziej odważnej odsłonie. Koszmar Morfeusza szokuje i wywołuje falę emocji. Niektórych może zrazić, innym - skradnie serce.  


 
Pokochałam mężczyznę, który jest dla mnie zgubą. To wiem na pewno. Adam McKey. Wybranek mojego serca to facet, którego właściwie nie znam, a który każdego dnia zaskakuje mnie czymś zupełnie innym. Raz jest zimny, brutalny i okrutny, by za chwilę stać się czułym i namiętnym kochankiem.

 


Wszystkie drogi Cassandry Givens prowadzą do Adama McKeya — tej prostej prawdzie nie da się zaprzeczyć. Od chwili przypadkowego spotkania w nocnym klubie namiętny i wybuchowy związek Cass i Adama przechodzi różne fazy, ale pozostaje nierozerwalny jak samo życie. Choć oboje są świadomi zagrożeń, jakie niosą potajemne spotkania, choć codziennie przekonują się, że niebezpieczeństwo czai się wszędzie, nie potrafią wyrzec się swoich uczuć. Słowa to za mało, nic nie może ukoić rozpalonych ciał.


 


McKey zaczyna naginać twarde zasady obowiązujące w jego świecie, a Cassandra coraz częściej myśli nad bardziej radykalnymi krokami w celu uwolnienia ukochanego z sideł złowrogiej organizacji. Jednak życie w ciągłym strachu odbija się na ich relacji i niemal ją niszczy. Namiętna miłość potrafi być naprawdę destrukcyjna...


 


 
-Zapomniałeś czegoś? - pytam.-Tak - odpowiada. - Tego... - dodaje i gwałtownie wchodzi do środka, chwytając mnie w ramiona, a nogą zatrzaskuje drzwi. Jego usta już są na moich, język wdziera się do środka. Nie protestuję, tylko jęczę głośno, bo moje ciało od razu jest gotowe na wszystko, czego zapomniał, ale wrócił po to.

 


Życie Cassandry odkąd poznała Adama McKeya, zmieniło się zupełnie. Nie może o nim zapomnieć, choć to byłoby najlepsze rozwiązanie. Na początku tej znajomości wszystko układało się w jak najlepszym porządku, ale kiedy do gry weszły uczucia, przestało być łatwo. Pożądanie dotyku tego chłodnego mężczyzny naraża Cassandrę na niebezpieczeństwo. Adam dwa razy w tygodniu przyjmuje oblicze Morfeusza i zmienia się nie do poznania. Młoda kobieta wie, że kochanek tylko udaje, ale kiedy jej życiu zaczyna zagrażać niebezpieczeństwo ze strony mafii, musi zdecydować, czy chce dalej brnąć w ten toksyczny związek. Potajemne spotkania niosą ryzyko, a kiedy o istnieniu Cassandry dowiaduje się jeden z przywódców podziemia, ból i cierpienie na dobre zaczynają towarzyszyć życiu dziewczyny. Adam jest zbyt cenny dla tej grupy, a kobieta staje się zagrożeniem, które należy zlikwidować. Życie Cassandry zmienia się w piekło...


 


Adam McKey nie potrafi odejść od temperamentnej blondynki. Wie, że może spotkać go za to kara, ale mimo to ryzykuje. Tylko przy niej może oddychać. Kobieta jest jedyną osobą, która zna jego prawdziwą twarz. Nie potrafi zrezygnować z potajemnych spotkań, ale kiedy życiu Cassandry zaczyna grozić niebezpieczeństwo, musi podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w swoim życiu...


 


Czy Cassandra będzie potrafiła oprzeć się dotykowi Adama? Czy McKey zapomni o oczach, które prześladują go w snach? Czy zaryzykują, by być razem? A może nadszedł czas, by zakończyć tę relację?


 
Znowu jest tak samo. Chwila zapomnienia, a po wszystkim od nowa będę musiała się pozbierać. Nic nie mogę jednak poradzić na to, że tak bardzo go kocham. Każdy ma chyba taką osobę, dla której traci głowę niezależnie od sytuacji. On jest moim zatraceniem.

 


Koszmar Morfeusza to pełna erotyki brutalna historia, która wstrząsa i szokuje, ale również rozpala zmysły i wciąga bez reszty. To mocna powieść, która część czytelników odrzuci i z pewnością wzbudzi wiele kontrowersji, ale wiele osób się w niej zatraci. Sama należę do tej drugiej grupy. Koszmar Morfeusza opowiada o miłości, która przynosi ból, o pożądaniu, którego nie można okiełznać, o brutalności, którą wypiera namiętność, o walce z przeciwnikami, którzy pragną zniszczyć człowieka i o odkrywaniu własnej siły, która pomaga przetrwać każdą stratę i przynosi ukojenie. Ta książka aż kipi seksem we wszystkich jego przejawach. Powieść niesie ogromną dawkę emocji, szokuje i wciąga. Uzależnia.


 
Czuję jego ciepło, jego przyśpieszony oddech i to, jak drży pode mną, więc nie przestaję. Dalej opadam na niego, ale już powoli, by mógł mnie czuć. Bym ja czuła jego. Jeśli to naprawdę nasza ostatnia to niech będzie niezapomniana. Skoro nigdy więcej mamy się nie spotkać, to chociaż zapamiętamy ją oboje do końca życia.

 


Cassandra podejmuje wiele głupich decyzji. Momentami jej zachowanie irytuje, ale nie da się odmówić jej odwagi, kobieta przyjmuje też konsekwencje swoich działań bez użalania się nad sobą. Cassandra stara się zapomnieć o uczuciu do Adama, a zarazem walczy o ten związek ze wszystkich sił. W tym tomie spotyka ją wiele złego, ale nie poddaje się i za każdym razem, kiedy upadnie, podejmuje walkę na nowo. Adam stał się jej całym światem. Cassandra czasami popada ze skrajności w skrajność. Wie, czego chce, a zarazem to odpycha. Wyzwolona, dzielna, uparta młoda kobieta wpadła w poważne kłopoty. W trzecim tomie zapewne przejdzie wielką przemianę.


 


Adam z jednej strony chce uchronić Cass przed niebezpieczeństwem i ją od siebie odpycha, a z drugiej - nie potrafi pozwolić jej odejść. Zdeterminowany, pewny siebie mężczyzna musi podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w swoim życiu. W tym tomie spotykamy jego drugie oblicze, Morfeusza. Ta twarz Adama szokuje. Czy je miłość do Cassandry ma szansę przetrwać?


 


W tym tomie poznajemy wielu nowych bohaterów, dowiadujemy się też nieco więcej o tych, których znamy już z pierwszej części cyklu. Choćby Valery - to jedna z najbardziej pozytywnych, szalonych postaci w serii - nie sposób jej nie polubić. Potrafiąca dostrzec jasnej strony każdej sytuacji, choć zarazem twardo stąpająca po ziemi. Delikatna istota, która jednak nie boi się wyzwań. Bohaterowie pierwszego i drugiego planu przeżywają swoją rozterki, a czytelnicy mogą im towarzyszyć. 


 
— Skoro już tu jesteś, to zostań do rana… — ton mam błagalny. Widzę, że Adam się waha, walczy ze sobą. — Proszę… — dodaję, by go przekonać.— Cassandro, naprawdę nie mogę — odpowiada po chwili. Tembr jego głosu świadczy, że nie mam się co licytować. On już zadecydował i już. Wzdycham wymownie i zsuwam się z jego bioder.— Poczekasz chociaż, aż zasnę? — Podchodzę do komody, by wyjąć koszulkę nocną, i oglądam się na niego.— Tak, chwilę mogę zaczekać.

 


Koszmar Morfeusza to dzika, wyzwolona, gorąca powieść, która potrafi rozpalić zmysły i wzbudzi z pewnością wiele kontrowersji. Jedni czytelnicy ją pokochają, inni znienawidzą. K. N. Haner szokuje historią pełną brutalności i emocji. Jeszcze lepszą niż pierwszy tom cyklu. 

granice.pl, IzaaK



Magia słów. Jak pisać teksty, które porwą tłumy

Słowa, słowa, słowa… Wydawałoby się, że ich moc jest ograniczona, tak jak ograniczony jest nasz język. A jednak. Ze słów możemy tworzyć piękne historie, słowami możemy malować i opowiadać o tym, co dzieje się dookoła nas. W końcu: słowa służą do oczarowywania ludzi. Na czym polega fenomen Agathy Christie, braci Grimm, Ernesta Hemingwaya, Iana Fleminga i van Gogha? 
Tytuł: Magia słów. Jak pisać teksty, które porwą tłumy
Autor: Joanna Wrycza-Bekier
Wydawnictwo: Onepress / Helion 
O magii i mocy słów mówi się od starożytności. Już antyczni poeci wiedzieli, jak opisywać to, co widzą, i jakich słów używać, żeby zachwycać słuchaczy. Anthony de Melo w swoim zbiorze fizycznych myśli Przebudzenie wykorzystał trik, który udowadnia, że wiele w naszym życiu zależy od słów, choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Pewien guru usiłował wyjaśnić jakiemuś audytorium, że ludzie silniej niż na rzeczywistość reagują na słowa. Żyją wręcz słowami, żywią się nimi. Jakiś mężczyzna wstał i zaprotestował:
– Nie zgadzam się z tym, że słowa wywierają na nas aż taki wielki wpływ. – Na co guru odparł:
– Siadaj, skurwysynie! – Zsiniały ze złości mężczyzna wykrzyknął:
– I to pan nazywa siebie osobą oświeconą, guru, mistrzem, powinien pan się wstydzić! – Na co guru odparł:
– Proszę mi wybaczyć, sir. Poniosło mnie. Naprawdę, proszę o wybaczenie. To nie było zamierzone. Przepraszam. – Mężczyzna w końcu się uspokoił. Wówczas guru powiedział:
– Wystarczyły dwa słowa, aby wywołać w panu burzę i kilka słów, by pana uspokoić. Prawda?
Twierdzimy, że ważniejsze są czyny – i mamy rację. Jednak słowa są nie mniej ważne, ponieważ to od nich wszystko się zaczęło. „Na początku było Słowo” – to motto znajdujemy na wstępie Ewangelii wg świętego Jana. Gdyby nie słowa, nie moglibyśmy mówić ani pisać, a zatem musielibyśmy się komunikować wyłącznie za pomocą gestów. Osobom niewidomym opisujemy rzeczywistość słowami, z osobami niesłyszącymi porozumiewamy się za pomocą języka migowego, niewerbalnie, ale również posługujemy się słowami. To one, niepozorne, krótkie albo nieco dłuższe, autosemantyczne (znaczące samodzielnie, np. kot) albo synsemantyczne (nieznaczące samodzielnie, np. i) – budują naszą kulturę i społeczności. 
Joanna Wrycza-Bekier – literaturoznawczyni, prowadząca kursy pisania – w swoim poradniku dotyczącym pisania tekstów, które porwą tłumy, przekazuje nam cenne rady i udowadnia, że dzięki słowom możemy tworzyć nieskończoną ilość obrazów i wpływać na odbiorców. Magia słów…, choć niezbyt obszerna, zawiera niezwykle cenne wskazówki wraz z przykładami, które umożliwiają nam uczenie się od mistrzów – artystów słowa, których teksty do dziś cieszą się niegasnącym zainteresowaniem, wzruszają, śmieszą, a nawet przerażają. 
Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak budować napięcie, poruszać zmysły i „pokazywać” słowami rzeczywistość, a także poznać różnorodne triki, które sprawiają, że teksty tak bardzo nas fascynują, że nie jesteśmy w stanie się od nich oderwać – ta książka jest przeznaczona właśnie dla was. Autorka umiejętnie tłumaczy nam, jakie błędy popełniamy, mimo że wydaje nam się, że postępujemy słusznie, i operuje porównaniami, żeby udowodnić nam, że niektóre rozwiązania psują teksty, a inne dodają im blasku. Magia słów nie jest typowym podręcznikiem pisania, tylko małym arcydziełem wraz z komentarzami odautorskimi; nie jest zwykłą pisaniną, która w niczym nam nie pomoże, ale zbiorem niewątpliwie wartościowych rad i fragmentów powieści (i nie tylko) pisarzy, poetów, a nawet malarzy, którzy potrafili stosować różne „sztuczki”, które od lat (ba! wieków) nie wyszły z mody i wciąż działają. 
Czytając tę książkę, miałam wrażenie, że zmienia się mój światopogląd. Choć studiuję filologię polską i z pisaniem mam do czynienia właściwie na co dzień, złapałam się na tym, że wpadłam w sieć stylu naukowego, i natychmiast zapragnęłam się z niej uwolnić. Czy mi się to uda? Tego nie wiem, ale jestem pewna, że nie dam się zwieść kolejnym słowom-śmieciom i nie ulegnę urokowi usypiaczy. Postaram się wykorzystać wiedzę, którą przekazała mi Wrycza-Bekier, i nie poddam się! Wy też się nie poddawajcie! Przeczytajcie, co ma wam do powiedzenia osoba, która chce (i może) wam pomóc. Zamiast zastanawiać się nad zamysłem autorów, oglądajcie teksty i odnajdujcie w nich to, co zachwyca. 
I jeszcze jedno: rozejrzyjcie się dookoła i napiszcie, co widzicie. Czy niebo naprawdę jest tylko niebieskie, a trawa – zielona?

http://redakcja-essentia.blogspot.com/, Klaudia Raflik



pierwszy poprzedni 1 2 3 4 ... 1133 następny ostatni

[ < ] [ 6..10 ] [ > ]